KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI



ANIOUUU

 

    Armuel był jednym z wielu pracowników firmy NIEBO & COMPANY - Spółka z o.o., zwykłym szaraczkiem wśród aniołów. Jedynym jego obowiązkiem było odprowadzanie dusz umarłych do wielkiego tunelu. Przy wlocie przejmowali je tak zwani odprowadzacze. Jak na anioła nie był przystojniakiem - pewnie dlatego omijały go wszystkie awanse - z tegoż to powodu w czasie pracy zazwyczaj przybierał postać pięknego skrzydlatego młodzianina. Tylko taka iluzja gwarantowała, że podopieczny się go nie wystraszy. Czasami tylko, gdy trafiał na wyjątkowego niegodziwca, pozwalał sobie na to by niczego nie zmieniać. Wystraszonego delikwenta odstawiał do pododdziału nazywanego PIEKŁEM a tam nieszczęśnika przejmowali aniołowie jeszcze szkaradniejsze od niego - nie wiedzieć czemu nazywani diabłami.

    Nieraz już narzekał, że strasznie nudna ta robota. Nikt jednak nie okazywał mu zrozumienia. Ile razy można nieuświadomionym umarlakom powtarzać, że już finito, że czas udać się w kierunku światła. Niektórzy - nazywał ich pacjentami szczególnej troski - nie chcieli przyjąć do wiadomości faktu, że wyzionęli ducha. Próbowali dalej normalnie egzystować. Na dodatek zakłócając tym funkcjonowanie żywych. Żywi szybko przypinali takiemu miejscu etykietkę "nawiedzone" i uciekali. Taka zbuntowana dusza była do tego stopnia przywiązana do świata materialnego, że kompletnie ignorowała sferę astralną, w której chcąc nie chcąc zaczęła funkcjonować. Skutkiem tego nie widziała Armuela i jedynym ratunkiem byli ludzie zwani egzorcystami.

    Nuda, nudę nudą pogania. Co za niewdzięczna robota. Cóżem ja złego uczynił że mnie tak pokarano? - narzekał w głębi duszy i dalej robił swoje. Razu pewnego umyśliło mu się, że jeśli by zrobił małą przerwę to nikt by nawet nie zauważył. Przecież takich jak on były setki tysięcy. Czy to komu zrobi różnicę że Armuelek poleniuchuje przez jakiś czas?

    Opuścił sferę astralną; unosił się jak pyłek nad wielkim betonowym blokowiskiem. Jego rewir, jego cholerny rewir - wylęgarnia świeżych dusz. Ludzie padają tu jak muchy. Nawet teraz zmysły sygnalizowały kolejnego pacjenta do zabrania. Poczekasz chwilkę kolego, poczekasz - pomyślał - chyba nigdzie ci się nie śpieszy? Masz całą wieczność.

    Odkąd pamiętał chciał sprawdzić jak to jest być człowiekiem. Jak się odczuwa zmysłami świat materialny. Co jest aż tak pociągającego w tym wymiarze, że niektórzy nie chcą go opuścić. Hmm może by tak spróbować? Pokusa, ach ta pokusa. W sumie to tak jakby się zbuntował, więc czemu nie pójść na całość? Opadł trochę niżej. Miasto tętniło różnego rodzaju energiami jakby było ogromnym organizmem. Wyrzygiwało rytmicznie szaleńcze impulsy świateł i kolorów. Rozpaczliwie charczało wszechobecnym łoskotem. Przypominało rozedrganego w nerwowej agonii nieszczęśnika.

    Zwrócił uwagę na podłużne, kipiące od ludzkiej energii, czerwone pudło na kołach. Co oni tam robią? Dziwne - ciekawość wygrała z ostrożnością. Nie zwlekając ani chwili wniknął do środka. Duszna ciężka atmosfera zadziałała na niego przygnębiająco. We wnętrzu stało mnóstwo ludzi ściśniętych do granic możliwości. Aury energii otaczające ich ciała, w większości w różnych odcieniach szarości, przenikały się nawzajem. Jedni promieniowali niechęcią i agresją. Innych otaczała trupio bladą mgiełka melancholii. Gdzieniegdzie błysnął wesoły ognik - ktoś znalazł rozwiązanie dręczącego go problemu. Na niektórych były czarne plamy - oznaki toczącej ciało poważnej choroby.

    Przenikając przez energie kolejnych ludzi Armuel czuł się coraz gorzej. Zewsząd otaczały go posępne zrezygnowane facjaty. Przymrużone oczy strzelały pogardą. Dlaczego oni skazują się na takie tortury - myślał - trzeba pomóc tym nieszczęśnikom. Wiedział, że jest tylko jeden sposób by poprawić tu atmosferę. Musi wejść w czyjeś ciało i zapoczątkować proces przekazywania pozytywnych wibracji. Przekaże innym ładunek miłości i wyrwać z tego otępienia. Trzeba tylko znaleźć kogoś kto będzie tym kamyczkiem, który wywoła lawinę dobra. Rozglądał się gorączkowo po pasażerach szukając kogoś o delikatnym, miłym wyglądzie.

Znalazł. Rudy, zaczytany w książce dwudziestoparolatek, nerwowo poprawiający co chwilę okulary. Nada się, nada się - stwierdził Armuel i wskoczył w ciało młodzieńca.

    Jego zmysły momentalnie oszalały. Widzenie miał lekko rozmazane. Wszystko go dotkliwie gniotło i uwierało - a zwłaszcza spodnie w kroku. Zupełnie nowe doznania jak dla anioła. Najgorszey był węch. Nigdy wcześniej nie czuł zapachów. Teraz uznał, że niczego nie tracił a wręcz przeciwnie. Ostre, zjełczałe wonie wdzierały się w jego nozdrza przyprawiając o zawrót głowy. Ale żem se przyjemności zapodał - pomyślał zdegustowany. Minęło kilka chwil nim doszedł do siebie i zapanował nad ciałem. Zaczął ostrożnie obserwować współpasażerów zastanawiając się kto tu najbardziej potrzebuje jego pomocy. Będąc w ludzkim ciele nie widział już aur. Nie szukał długo. Przed nim stał łysy młodzian o lekko nieprzytomnym wzroku i smierdzącym oddechu.

Tak - oto on! Armuel uwolni go od cierpień. Postanowił przekazać mu jak najwięcej pozytywnych emocji i posłał ku nieszczęśnikowi szeroki, promienny uśmiech.

    - Kuwaa so sie gapiszsz peale? - rzekł ów nieszczęśnik - W yyyja kceszsz?

    Och już mu lepiej - radował się anioł - przemówił. I choć nie rozumiał ani słowa z ludzkiego języka, uznał że musi to być jakaś forma powitania bądź podziękowania. Bidulek, tyle się nacierpiał. Muszę go przytulić - postanowił. Nie panując jeszcze do końca nad tym nowym jakim było dla niego ciało, podniósł się niemalże tracąc równowagę i wyciągnął dłonie ku cierpiącemu.

    - Aa piedole peaau kuwa!

    Armuel ujrzał zbliżającą się ku jego twarzy pięść łysego. Chwilę później rozbłysły przed nim gwiazdozbiory, galaktyki, chyba nawet drogę mleczną ujrzał przez chwilę. Nim zdołał to wszystko ogarnąć, cudowne widzenie zniknęło. Pojawił się ból. Cierpienie wykrzywiło mu twarz. O niewdzięcznicy! - wzbierało w nim rozgoryczenie - o wy...wy...

   Postanowił ewakuować się nim otrzyma kolejny cios. Wyskoczył z ciała i błyskawicznie wzbił się w powietrze. Nic tu po mnie, Ziemia to nie miejsce dla aniołów - stwierdził. Zanucił starą anielską piosnkę motywacyjną. Zarząd spółki NIEBO & KĄPANY zalecał przecież stosowanie jej w momentach kryzysu i zwątpienia...  "Hej ho! Hej ho! Do pracy by się szło.  Hej ho! Hej ho! Hej ho! Hej ho!"

AUTOR:  Krzysztof T. Dąbrowski