JAN CZARNY


BIEG PO ŚMIERĆ

 

            Pośliznął się na błotnistej ziemi i upadł. W tym samym momencie z pobliskiego grobu wystrzeliła nadgniła ręka, łapiąc go za kostkę. Chrupnął kruszony marmur, a spod spodu wychyliła się głowa: obdarta ze skóry, z pożółkłymi, wyszczerzonymi zębiskami.

            Sparaliżowany strachem Franek nie mógł wykonać najmniejszego ruchu.

            Monstrum, kręcąc tułowiem niczym wąż, zaczęło powoli wypełzać z ziemi. Na chwilę rozluźniło uścisk, chcąc mocniej zaprzeć się o grunt.

            To była jego szansa.

            Odskoczył do tyłu, lądują plecami w kałuży, by już chwilę później gnać ciemnymi, cmentarnymi ścieżkami.

            Słysząc za sobą wściekły ryk, przyśpieszył, bojąc się nawet obejrzeć.

            Biegł ile sił w nogach, rzucając na boki przerażone spojrzenia.

            Co rusz, z któregoś grobu spadała płyta, fontanny błota strzelały w niebo, rozchlapywane przez próbujące się uwolnić truposzczaki.

            Armagedon - Dzień Sądu Ostatecznego.

            Franek nie miał pojęcia, jak się tu znalazł. Po prostu ocknął się cały przemoczony, ubabrany pokrywającym cmentarz błotskiem. Nad nim schylała się pozbawiona skóry maszkara, o wyłupiastych, rybich oczach. Dziury w jej garniturze odsłaniały rozkładające się ciało. Machając szaleńczo rozczapierzonymi palcami, coraz bardziej zbliżała pożółkłe zębiska do twarzy mężczyzny.

            Pomimo przerażenie, w ostatniej chwili wyprowadził prawego sierpowego w otwór nosowy. Głowa odskoczyła do tyłu i pobujała się chwilę na cienkiej szyi. W wodnistych oczach odbiło się zdziwienie.

            Mężczyzna poderwał się na równe nogi, jednak nim zdążył rzucić się do ucieczki, kościste ramiona chwyciły go od tyłu. Szarpał się i wierzgał, czując na karku zgniły oddech drugiego truposzczaka. W tym czasie jego kompan pozbierał się już po niedawnym ciosie i kuśtykając, zaczął się zbliżać.

            Franek szaleńczymi kopniakami starał się odpędzić napastnika. Na próżno.

            W desperackim porywie, szarpnął głową do tyłu, waląc prosto w potylice stojącej z tyłu maszkary. Rozległo się ciche chrupnięcie, jakby ktoś rozbił skorupkę jaja i mężczyzna wylądował na ziemi.

            Przetoczył się w bok, unikając o włos zakrzywionych szponów. Gdy znalazł się poza ich zasięgiem, skoczył na równe nogi i zaczął biec.

            Dopiero po kilkudziesięciu metrach zauważył nadgniłą dłoń, nadal kurczowo wczepioną w poły koszuli. Krzywiąc się z obrzydzenia, rozwarł martwe palce, wyrywając przy tym spory kawał materiału. Nie zwalniając, wyrzucił trofeum daleko od siebie.

            Jednak wraz z przebywaniem kolejnych metrów mężczyźnie zaczynało brakować tchu, z kolei liczba mijanych zombie rosła w zastraszającym tempie. Wyłaziły z grobów jeden po drugim, podążając śladem dzisiejszej kolacji – jego śladem. Musiał cały czas poruszać się po ścieżce, co chwilę wymijając tych, którzy dotarli, aż tutaj.

            Wiedział jednak, że w końcu stłoczą się na tyle, by zatarasować przejście. A wtedy…

            Franek skrzywił się, czując świdrujący pod czaszką ból. Widział jedynie na jedno oko - pewnie upadając uszkodził nerw.

            „Cholera, kiedy się wydostanę, prawdopodobnie do końca życia zostanę kaleką”, pomyślał.

            „JEŻELI się stąd wydostaniesz” – dopowiedział ukryty pomiędzy fałdkami kory mózgowej Duszek Pesymizmu.

            Mężczyzna już miał mu przyznać rację, gdy niespodziewanie z jego ust wydobył się okrzyk radości.

            Jakieś pięćdziesiąt metrów z przodu znajdowała się kapliczka.

            Usłyszał gardłowy warkot. Spojrzał w prawo i w ostatniej chwili uchylił się przed kłapiącymi zębiskami ponad dwumetrowego zombiaka.

            Czterdzieści metrów.

            Trzydzieści.

            O, Boże!

            Wejście do budynku tarasowało kilkunastu truposzy, ustawionych jeden przy drugim. Nawet piszczela by nie wetknął.

            - Więc to koniec – szepnął mężczyzna, zwalniając.

            Poczuł, jakby całe życie uciekło ze zmęczonego ciała.

            Trwało to może kilka sekund, po których gdzieś wewnątrz odezwał się instynkt przetrwania. Jego „głos” stawał się coraz donośniejszy. Wkrótce zagłuszył wszystkie wątpliwości i wziął górę nad straceńczą rezygnacją.

            - Jak zginąć, to w walce – mruknął Franio i rzucił się do przodu, młócąc szaleńczo rękami.

            Pierwszy cios oderwał zgniłkowi żuchwę, drugi połamał żebra.

            Kolejnego sierpowego wymierzył zbliżającej się do niego, skulonej staruszce. Ręka z obrzydliwym odgłosem zagłębiła się rozłupanej chaszcze.

            Zombie zdezorientowane nagłym atakiem, rozluźniły szyk. Pomagając sobie łokciami, wdarł się do środka i zaczął zamykać ciężkie, metalowe podwoje. Już prawie się udało, kiedy niespodziewane uderzenie odrzuciło go do tyłu.

            Wylądował na plecach, z trudem łamiąc oddech. W rozbitej głowie szalała karuzela. Zamknął oczy, a kiedy je ponownie otworzył, stali nad nim, stłoczenie dookoła.

            Szlochając, przewrócił się na brzuch i zaczął czołgać w kierunku ściany.

            O dziwo, nie próbowali go zatrzymać. Cały czas czekał jednak na pierwsze ugryzienie pożółkłych zębów, wpijających się w różowe, tłuściutkie ciało.

            Gdy oparł się o zimny kamień, poczuł się trochę pewniej. Jednocześnie zrozumiał, że to już koniec drogi. Dalej nie ma gdzie uciekać.

            Zombiaki wlewały się głównym wejściem, niczym woda przez przerwaną tamę. Jeden za drugim, grzechocząc kośćmi, ciągnąc po podłodze beznogie odwłoki. Tu i tam człapały pozbawione głów ofiary wszelakich wypadków, prowadzone przez usłużnych kompanów.

            Tłoczyli się i tłoczyli, wlepiając spojrzenia zimnych, rybich oczu. Pomimo to, żaden się nie zbliżył. Wpatrywali się tylko wygłodniałym wzrokiem, pomrukując co chwilę między sobą.

            Franek poczuł, że już dłużej tego nie zniesie.

            Uniósł zaciśnięte pięści do góry, gotowy na ostatnie starcie.

            - No chodź ta, oberwańcy, co bym mógł wam w dupska nakopać! – wrzasnął – Myślicie, że się was boję?!

            Jeden z zombiaków, olbrzym w podartym, wojskowym mundurze, wystąpiwszy przed szereg, ruszył w kierunku mężczyzny miarowym krokiem.

            Ten od razu pożałował niewyparzonego języka.

            - O żesz ty-y-yyyy – załkał, zasłaniając ramionami głowę.

            Truposz pochylił się nad nim, z ust wydobyły się opary zgnilizny.

            - Franiu, to ja, Staszek... Co ty wyrabiasz? Cały cmentarz na nogi postawiłeś… – zagadnął.       

            Ręce nieco się rozsunęły.

            -Hę? – tylko tyle potrafił wydukać.

            - Przyjacielu – w oczach umarlaka odbiła się troska – Co ci strzeliło do łba, żeby w środku dnia wykopać się na powierzchnię i urządzać jogging? Dobrze, że cię Alojz znalazł, bo nie wiadomo, jakby się to skończyło. Zobacz, co zgubiłeś, gdy tak beztroska zdupczałeś przed nami.

            Wyciągnął otwartą dłoń. Na jej wierzchu spoczywała niewielka, okrągła kuleczka. Po chwili przekaturlała się ku palcom, a w świetle palących się w kaplicy świec zalśniła niebieska tęczówka.

            - Jezus Maria – jęknął Franio– Jezuuuus Maaaa…

            Nie zdołał dokończyć. Staszek celnym pchnięciem umieścił oko na właściwym miejscu, po czym kilkoma lekkimi uderzeniami w czaszkę Franka skontrował je nieznacznie.

            Mężczyzna potrząsnął głową i powłóczył zdziwionym spojrzeniem dookoła. Teraz widział poprawnie, ból momentalnie zniknął.

            Zrozumiał.

            - Matko Przenajświętsza! – zawył – Ja nie żyję! Jak to się stało, o Boże, o Boooże..

            Zombiaki zaczęły spoglądać jeden na drugiego.

            - Pogięło biedaka do reszty, czy jak? – zapytał cieniutkim głosem kościsty truposz o wypomadowanych wąsach.

            Jego sąsiadka prychnęła, poirytowana.

            - A jużci, jaki za życia, taki po śmierci – łażąca reklama Alzheimera.

            Staszek spojrzał na nią zaniepokojony.

            - Lidka, sądzisz, że to już mu zostanie?

            - A gdzie tam – pokręciła głową, aż chrupnęło – Henio Wierzba, Panie świeć nad jego skremowanymi kośćmi, kiedy jeszcze był w jednym kawałku, to regularnie miewał podobne napady. Biedakowi trzeba po prostu trochę odpoczynku, zgniłego, podziemnego powietrza i wróci do normy. Dzień, góra dwa...

            - Skoro tak mówisz – mruknął nie do końca przekonany Stasio – Dobra kamraci, łapiemy pod rączki i niesiemy do domu. Ino piorunem!

            Franek nawet się nie opierał. Chlipał tylko cicho, schowawszy głowę w poły marynarki. Uspokoił się dopiero, gdy poczuł pod sobą znajomy cokół rodzinnego grobowca, a kamienne drzwi zasunęły się ze zgrzytem.

            - Kolorowych snów – usłyszał przytłumiony głos Staszka.

            Franio, smarknąwszy żałośnie w pożółkłą koszulę, przewrócił się na bok i już kilka minut później, chrapał w najlepsze.

            Lidka miała rację - następnego dnia był jak „nowo zmartwychwstały”. Co się zaś tyczy opisanych wydarzeń, zdały się mu tylko złym snem, o którym – zresztą - wkrótce zapomniał.

            Bo umarli czasem miewają koszmary o tym, że nadal są żywi.

AUTOR:  Jan Czarny