DANIEL PODOLAK



PAMIĘTAŁEM, LECZ ZAPOMNIAŁEM

 

Czy mogę się przysiąść? Widzę że jest pani bardzo smutna, musiało się zatem wydarzyć jak wnioskuję coś złego, co pogrążyło panią w tak złym nastroju. Nic pani nie odpowiada a mnie serce ściska ten widok, pani załzawionych oczu. Mam sobie pójść? Ma pani dosyć życia? Pani kochana! Skąd ja  to znam. I znowu pani milczy, niech no się więc przedstawię, mam na imię Dedulus Mańkowski i wiem co pani pomoże, no niech się już pani nie zapiera jak dziecko, nie jestem mordercą ani też żadnym osiedlowym gwałcicielem, chciałbym tylko pomóc. Pani pozwoli że się przysiądę. Słucham? Niestety nie palę, ależ zimne dziś popołudnie. Skoro już podałem pani swe imię czy mógłbym usłyszeć także pani? Och to bardzo ładne imię.Więc skoro już się znamy czy mogę opowiedzieć pani pewną historię? Zgadza się droga pani, nie jestem żadnym zboczeńcem po prostu cierpię gdy widzę jak inni ludzie płaczą. Widzę że się pani lekko uśmiecha, tak lepiej. A więc niech pani posłucha, obiecuję że ta historia pomimo swej smutnej treści, pokrzepi panią na duchu a nawet przekaże pewien życiowy morał. A więc było to bardzo dawno temu, gdy jeszcze nie było nawet tego parku. O ile dobrze pamiętam to miałem wtedy jakieś 13-lat, a historię tę w mej rodzinie przekazuje się z pokolenia na pokolenie, taka utarta zasada. A zatem historia ta dotyczy pewnego człowieka który panicznie bał się tłumów. Tak bardzo się ich bał że nie dopuszczał nigdy do tego by się w jakim kolwiek nawet znaleźć, prawdę powiedziawszy to prawie wcale nie  wychodził nawet ze swego mieszkania. Jego jedyna córka przychodziła do niego zawsze z rana i przynosiła mu zakupy. Pan Sławomir bo tak miał na imię, mając43lata, słyną z tego że był bardzo zdolnym samotnym artystą, grał przepiękne melodie na swym tarasie w lipcowe upalne wieczory. Jego gra była istnym majstersztykiem, dźwięki płynące z jego trąbki były przesycone goryczą artysty, dało się wyczuć w tej grze, jego własne lęki, fobie oraz poczucie straty. Te melodie były na swój sposób piękne gdyż płynęły prosto z serca pana Sławomira, nikt temu nie mógł zaprzeczyć, a wystarczyło stanąć pod starą kamienicą o danej porze, a wszystkie wątpliwości co do jego kunsztu rozmywały się momentalnie.

Słucham Cię kochana? Nie skądże znowu, człowiek ten nigdy nie zarabiał na swej grze.

Był jednym z tych niezależnych artystów dla których najważniejsza była satysfakcja z tego iż grał tak jak chciał wyłącznie dla siebie. My stanowiliśmy jedynie tło melodyjnego pejzażu który malował, byliśmy przypadkową widownią  jego twórczego aktu.

Pewnego jednak dnia, gdy minęły z cztery ciężkie lata pełne samotności i cierpienia, pan Sławomir znany ze swego aż nad to spokojnego życia, zrobił coś z czego była zdumiona cała kamienica. Jakby nigdy nic wyszedł od tak, w któryś z deszczowych  poranków, opuszczając swe lokum na cały dzień. Niektórzy z sąsiadów to przyuważyli lecz zbytnio się tym już nie przejęli spoglądając jedynie bez wyrazu i zdziwienia na swego biegnącego w szale sąsiada. Tak więc artysta opuścił scenę i udał się w samo serce Warszawy. Biegł ile sił w nogach pod deszczowym niebem wśród tłumu, tylko by dostać się do kliniki w której leżała jego córeczka. Tego dnia, otrzymał telefon ze szpitala i został poinformowany że jego jedyna córka Amadela miała wypadek samochodowy. Właśnie ten smutny fakt okazał był bodźcem dla Ojca by pokonać swe umysłowe schorzenie i opuścić swe mieszkanie. Ojciec Amadeli biegł ile sił w starych nogach stawiając silnie czoła swej strasznej fobi przed ludźmi. Pan Sławomir napotkał spory poranny tłum ludzi na dość ruchliwej ulicy Wrogiej. Zaczął bardzo panikować, czuł jak traci grunt pod nogami na widok niemałej kohorty przechodniów. Serce biło jak oszalałe a no czole nastąpiły grube krople potu. Mężczyzna stanął w miejscu czując jak tłum go pożera swym bezlitosnym, makabrycznym krzykiem. Zderzał się z masą ludzi jak rozbitek o fale, był deptany, popychany, wyśmiewany na skutek swego niepewnego i sparaliżowanego chodu. W pewnej chwili został schwytany przez dwóch wysokich mężczyzn za ramiona, i przeciągnięty niestawiając nawet żadnego oporu w przeciwną stronę. Mężczyźni niosąc go wzdłuż chodniku przerzucili go na trawnik o dobre dwa metry w stronę krzaków bez najmniejszego wysiłku. Jakby stanowił dla nich jedynie mały brudny przedmiot, leżący na chodniku, spychając go ze swej drogi. Zmartwiony i przerażony pan Sławomir się nie poddawał i zaczął przeć coraz dzielnej do przodu, przepychając innych wokół, lecz to także dłużej mu nie pomogło gdyż spostrzegł iż tłum skierował go na złą stronę, w brudną i podejrzaną alejkę. Poczuł się nagle tak samotny i bezsilny jak nigdy dotąd. Nie znał już dalszej drogi do szpitala gdyż stracił całkowicie rozeznanie. Większość życia spędził w czterech ścianach swej samotni niczym wierny aktor swej jedynej scenie. Zaczął się umartwiać że już nie znajdzie drogi do szpitala gdyż znalazł się w nieznanych mu rejonach miasta. Był jak zgubione przez swych rodziców dziecko pośród wielkiego i groźnego lasu. Było wiele opcji wyjścia lecz nie mógł zdecydować się na żadną. Trafił w końcu w ślepą uliczkę, martwy koniec swej trasy. Z szumem w uszach i bólem głowy wlókł się z powrotem w stronę wyjścia z zaśmieconej uliczki. Słyszał za sobą śmiech, był tego pewien że to ulica ożyła wraz z opuszczonymi budynkami śmiejąc się z niego w groteskowych szalonych spazmach.

Po dłuższej chwili marszu, pan Sławomir zreflektował że w uliczkę w którą wstąpił niema wyjścia. Mężczyzna nie mógł wierzyć własnym oczom, zaczął biegać wzdłuż ściany dzielącej go od reszty ulicy w tą i z powrotem. Nie było wyjścia. Nie było ratunku. Wybite okna budynków straszyły tajemniczą pustką z kolei asfalt zdawał się topnieć coraz bardziej pochłaniając jego stopy niczym leśne bagno. Wyciągnął swe nogi z asfaltowego trzęsawiska, pełen trwogi. W tej dramatycznej chwili Sławomir rzucił się w stronę wielkiej ściany uderzając swymi pięściami o wielki betonowy woal. Wydawał z siebie przy tym nieartykułowane dźwięki pełne spazmów i szlochów. Na ścianie wystąpiły krwawe ślady; jego ślady z rozbitych do białego mięsa dłoni. Zawodził na cały głos imię swej córki ale nikt go nie słyszał, jedynie stare zabite deskami blokowiska wydawały nieprzyjemny dźwięk, coś jak piskliwy starczy śmiech w tle niespokojnych dźwięków uderzających okiennic. Oczami wyobraźni ujrzał swą konającą córkę i zapłakał głośniej, przestając się tym samym rzucać na o ścianę. Zmorzyła go w tej chwili senność której żadnymi siłami nie mógł odpędzić-czuł że umiera. W tak bezsensownych okolicznościach nie mogąc pomóc swej córce, osuwając się po ścianie lądując wśród ulicznych śmieci. Nie miał już na nic wpływu, życie mu wyciekało między palcami za szybko. Mógł wyjść poza siebie i dostrzec jak żałośnie wygląda, konał na drodze do celu, lecz nadzieja została bezpowrotnie odebrana. Oddychał coraz gębiej i niespokojnie. Czekał na beznadziejny koniec, a potem? Cóż, nie wierzył w Boga więc dlaczego Bóg miał wierzyć niego? Serce jakby spowalniało lecz nagle usłyszał muzykę dochodzącą zza błękitnych chmur, ścian budynków a nawet z pod ziemi. Muzyka wypełniała całą opuszczona ulicę na której leżał mężczyzna. Serce zaczęło bić coraz szybciej, dźwięki muzyki wkradały się przez skórę ku duszy artysty, wypełniając go cudownym spokojem. Przez tą krótką chwilę, ojciec swej chorej i umierającej córki mógł ujrzeć się jej oczami. Czuł jej obecność, jej osobę wpatrującą się jakby na jego miejscu gdy opuszczał swe ciało. Teraz gdy siedział na w pół przytomny nie wiedział gdzie się znajduje. Leżał tym razem przed sama ulicą, po drugiej stronie muru ; z  tym że muru już nie było zniknął jak zły sen. Tuż przy krawężniku słyszał szum jezdni i ludzi. Instynktownie wstał w gwałtownym geście i ponownie ruszył w stronę mu dobrze znaną. Biegł bardzo szybko i pewien siebie, minął już drugą przecznicę i nagle objawił się jego oczom w całości klinika. Wbiegł jak oszalały, popychając po drodze na schodach pielęgrarkę i już znalazł się na pierwszym piętrze oddziału ostrego dyżuru. Teraz tylko wystarczyło popytać lekarzy jak się czuje jogo ukochana córeczka. Na piętrze kręciło się sporo ludzi w niebieskich i białych fartuchach. Wszyscy gdzieś biegli mijając Sławomira bez słowa. Pogrążeni w swych codziennych obowiązkach nie zwracali nawet uwagi na sapiącego ze zmęczenia starszego pana.

Po dłuższej chwili pełnej oczekiwania podeszła do niego młoda pielęgniarka. Jej twarz wydawała się mężczyźnie znajoma, wręcz niepokojąco znajoma. Kobieta zapytała czy może mu pomóc na co Sławomir opowiedział jej o strasznym telefonie właśnie z tej kliniki. Kobieta nic nie odpowiedziała tylko staksowała mężczyznę w niemiły sposób po czym odeszła gdzieś daleko odwracając się nerwowo za siebie co chwilę. Po paru minutach podszedł młody lekarz w nienagannie wyprasowanej niebieskiej koszuli i plakietką z nazwiskiem i stopniem chirurga. Lekarz zaczął przemawiać pełnym spokoju tonem do mężczyzny. Mówił że wszystko będzie dobrze i by zaniepokojony starszy pan usiadł na chwilkę i zaczekał na pielęgniarkę. Na co ten odpowiadał że to nie mu jest potrzebna pielęgniarka lecz jego w ciężkim stanie córce. Mówił tak niespokojnie i nie składnie że stojący przed nim lekarz miał problem ze zrozumieniem tego co mówi.

Gdy mężczyzna nie zaprzestawał swej niezrozumiałej tyrady, nadszedł starszy lekarz o siwych skroniach i zmęczonych oczach. Spojrzał na Sławomira i rzekł-Czego tu pan ponownie szuka?

Mężczyzna odpowiedział a jego niepokój wciąż wzrastał -Jak to ponownie? Szukam swej córki, ona czeka na mnie, jakim prawem mnie tu przytrzymujecie!?

Na co tamten odpowiedział zwięźle i oschle - Stary głupcze, co rok tu przybiegasz wciąż z tym samym pytaniem. Twoja córka przecież nie żyje od dawna.

Poczucie silnej winy i smutku napełniło serce Sławomira. Olśnienie przyszło jak zwykle za późno wdzierając się mglistą impresją by w efekcie uderzyć niczym gradowa kula w same czoło, pojął to w ułamku sekundy że przecież jego córka umarła dawno temu w oczekiwaniu na jego przyjście, tyle że on nie zdążył, nie mógł zdążyć by dotknąć jej włosów, utulić po raz  ostatni. Trzymać w swych ramionach i czuć jak odchodzi choćby dla samego faktu towarzyszenia w jej najczarniejszej godzinie. W tym tkwił cały bezsens, całe cierpienie i absurd jego życia. W tej jednej, bezlitosnej chwili pojął że został całkiem sam. Zrozumiał już na zawsze i już nigdy nie zapomni - tej brutalnej prawdy którą wypierał ze swej świadomości pragnąc oszukać swe poczucie winy, które prędzej czy później i tak wracało. Już nie dobiegnie o czasie by pożegnać swą córkę a co gorsza, gdyż już nawet na chwilę o tym nie zapomni tkwiąc pomiędzy demonami tłumu a śmiercią swej córki.

To już koniec historii, poczułaś się lepiej? Jak to jeszcze płaczesz? Do licha czemuż to droga madame? Czy los tego człowieka nie powinien wzbudzić w tobie lepszego samopoczucia? Zapamiętaj więc droga jedno, nieważne co złego wydarzyło się w twym życiu gdyż zawsze może Cię spotkać coś o wiele, wiele gorszego.

 

AUTOR:  Daniel Podolak