ROBERT KUCHARCZYK

DOM PRZY CMENTARZU

 

Mark Wadle często skracał sobie drogę do domu, idąc wąską, wyludnioną uliczką wzdłuż muru starego cmentarza. Oczywiście słyszał o ludziach, którzy w ciągu ostatnich kilku miesięcy zaginęli w tajemniczych okolicznościach. Wiedział, że zawsze znajdowano ich zmasakrowane zwłoki właśnie na XVIII-wiecznym Cmentarzu Trzech Róż. Podobno trupy wyglądały przerażająco – z twarzami z zastygłym grymasem niewyobrażalnego bólu i strachu, licznymi śladami ostrych, mocnych zębów i wyszarpanymi – lub wyżartymi, jak twierdzili niektórzy – dużymi kawałkami ciała. Często zwłoki były pozbawione jednej lub kilku kończyn. Mówiono, że było to dzieło jakieś piekielnej, olbrzymiej bestii, ale skąd znalazłby się taki potwór w środku dwustutysięcznego miasta?

Mark wiedział o tym wszystkim, ale bynajmniej nie miał zamiaru z tego powodu nadkładać drogi. Nigdy nie był człowiekiem strachliwym. Poza tym ufał w siłę swych twardych pięści. Jego zdaniem jakiś maniakalny, seryjny zabójca grasował w Portsmonth lub jego okolicach i podrzucał ciała na cmentarz, by skierować tu trop, podczas gdy faktycznie zabijał zupełnie gdzieś indziej.

Wadle był dwudziestopięcioletnim, przystojnym kawalerem. Miał sześć stóp i dwa cale wzrostu, czarne, kręcone włosy i szczery uśmiech, rozbrajający kobiety. Szczupły, ale barczysty i muskularny, poruszał się lekko i zwinnie niczym czarna pantera. Pracował jako dziennikarz sportowy w lokalnym tygodniku i mieszkał w kawalerce na Black Marry Street. Jednak od kilku tygodni większość nocy spędzał w pewnym domu przy Cmentarzu Trzech Róż.

Wszystko zaczęło się pewnej ciemnej, wietrznej, bezksiężycowej nocy, gdy Mark wracał do domu z suto zakrapianej parapetówki. Właśnie minęła północ, gdy skręcił w cmentarną uliczkę o nazwie Eternal Memory Street. Po lewej stronie znajdowały się gęste krzewy i zarośla zdziczałego parku, w nikłym, żółtawym świetle nielicznych latarni sprawiające wrażenie czarnej ściany, poruszającej się dzięki porywom zimnego, listopadowego wiatru. Z drugiej strony stał wysoki, zniszczony mur z czerwonej cegły, odgradzający chodnik od cmentarza. Uliczka wybrukowana kocimi łbami pięła się w górę, na całej długości skręcając w prawo.

Mężczyzna minął wielką, szeroką i wysoką na ponad dwanaście stóp bramę z kutego żelaza, zwieńczoną emblematem przedstawiającym trzy róże, od którego cmentarz wziął nazwę. Spojrzał przez kraty bramy – z ciemności rozświetlonej jedynie światłem ulicznej latarni wyłaniały się duże, zdewastowane grobowce. Nie zauważył, aby gdziekolwiek paliła się świeczka lub znicz.

„To bardzo stary cmentarz” – pomyślał. - „Zaniedbany i zapomniany. Pewnie rodziny pogrzebanych tu ludzi też już powymierały.”

Tuż nad jego głową przeleciała sowa i głośno zahukała. Przyspieszył kroku, by jak najszybciej być w domu. Podmuchy wiatru były coraz mocniejsze i zimniejsze. Zaczął padać deszcz, zacinający Markowi prosto w twarz. Nagle zrobiło mu się dziwnie nieswojo. Postawił kołnierz płaszcza i spuścił głowę.

Niespodziewanie oprócz własnych kroków usłyszał inne, głośne i szybkie. Odwrócił się na pięcie. W jego kierunku biegła młoda kobieta. Mimo słabego światła natychmiast zauważył, że jest zniewalająco piękna. Miała długie, czarne włosy i szczupłą twarz z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Między rozchylonymi połami czarnego, sięgającego kolan płaszcza dojrzał wiśniową sukienkę z dużym dekoltem.

-        Co się stało?! – krzyknął do niej. - Ktoś panią goni?

-        Tak! – odpowiedziała trochę zdyszanym, zmysłowo niskim głosem. - Jakiś zbir! Niech pan mi pomoże!

Młodzieniec nie dał się dwa razy prosić. Bez zastanowienia przeskoczył na drugą stronę uliczki i urwał z młodego drzewka mocną gałąź. Szybko oberwał mniejsze gałązki, ułamał czubek i tak uzbrojony ruszył w dół Eternal Memory Street. Kobieta zatrzymała się i obserwowała jego poczynania. Mark zdążył pokonać kilkanaście metrów, gdy zza załomu cmentarnego muru wybiegł mężczyzna z dużym nożem w ręku. Był stary, siwy i odrażająco brzydki. Twarz miał wykrzywioną z wściekłości, a w oczach żądzę mordu.

-        Stój! – warknął Mark, zagradzając drogę starcowi.

Mężczyzna zatrzymał się, zaskoczony. Chłopak wyglądał na zdecydowanego, by podjąć walkę. Siwy człowiek zawahał się, a chwilę potem odwrócił się i rzucił do ucieczki. Biegł w dół uliczki. Mark bez namysłu popędził za nim. Starzec dobiegł do bramy cmentarza, skręcił w nią i zniknął w ciemnościach. Młodzieniec w pierwszej chwili chciał kontynuować pościg, ale opamiętał się. W mroku czarnym jak sumienie mordercy starzec bez trudu mógłby się gdzieś zaczaić i niepostrzeżenie pchnąć go nożem.

Poszedł w górę ulicy i ze zdziwieniem zauważył, że kobieta czeka na niego. Jeszcze dyszał po szybkim biegu.

-        Przepędziłem go! Uciekł na cmentarz i zniknął – poinformował dziewczynę, patrzącą na niego z zainteresowaniem i dziwnym błyskiem w oczach. Była przejęta pościgiem, na co wskazywał nerwowy ruch, jakim poprawiła włosy.

-        Och, dziękuję za pomoc - uśmiechnęła się szeroko, ale nie otwierając ust. – Ale mnie przestraszył ten psychopata! Gdyby nie ty, to nie wiem, co by się ze mną stało! – odetchnęła głęboko z widoczną ulgą. – Przepraszam, nie przedstawiłam się. Mam na imię Violetta.

-        Miło mi! Jestem Mark – wyciągnął rękę, by ująć jej zimną i delikatną dłoń.

Dopiero teraz mógł się jej dokładnie przyjrzeć. Jej strój, włosy i ciemne, duże oczy kontrastowały z bardzo bladą cerą. Wydatne, szerokie usta pomalowała szminką o kolorze identycznym z krwistoczerwoną sukienką. Biust Violetty, wypchnięty do przodu przez ciasny gorset, falował przy każdym jej głębokim oddechu, a wraz z nim oryginalny amulet z czarnego obsydianu, zawieszony na złotym łańcuszku i bezskutecznie próbujący skryć się między dużymi, jędrnymi kulami piersi. Widać było, że jeszcze przeżywa swoją ucieczkę i pościg Marka. Mimo chłodu, ciągle padającego deszczu i rozpiętego płaszcza nie zauważył, żeby było jej zimno.

-        Dlaczego tak się wpatrujesz w mój dekolt? – spytała ze słodkim, niewinnym uśmiechem na pełnych wargach. – Podobają ci się moje piersi? – przesunęła palcami wzdłuż dekoltu i dotknęła dłonią pokaźnego biustu.

-        Masz bardzo ciekawy wisiorek – odparł dyplomatycznie.

-        Ach, to tam patrzyłeś – zalotnie poprawiła włosy, a Mark poczuł, że rośnie w nim pożądanie. – Ta figurka to XVI- wieczny amulet, przedstawiający Władcę Ciemności. Chroni przed nocnymi potworami i bestiami mroku.

-        Takimi jak wampiry? – kobieta coraz bardziej go intrygowała.

-        Wampiry, nocnice, upiory, wilkołaki, mamuny i inne straszydła.

-        Skąd go masz? Wygląda na bardzo cenny i unikalny.

-        Przywiozłam z Rumunii. Niedawno byłam tam na wspaniałej wycieczce – uśmiechnęła się leciutko.

-        Karpaty, zamki na wyniosłych skałach, Dracula i te sprawy?

-        Dokładnie – roześmiała się.

Miał wrażenie, że stara się nie uśmiechać zbyt szeroko. Zrobiła na nim wrażenie młodej, dystyngowanej arystokratki, którą nauczono, by nie okazywać swoich uczuć przy obcych. Pomyślał sobie, że jest bardzo atrakcyjną kobietą i chciałby poznać ją lepiej. Sprawić, by w jego towarzystwie śmiała się w głos i nie musiała hamować swoich emocji.

-        Co tak się mi przyglądasz? – spytała zmysłowym głosem, spoglądając mu w oczy. Spodobałam ci się? Chciałbyś się ze mną umówić? – jej wzrok niemal go zahipnotyzował.

-        Tak. Chciałbym. Bardzo.

 

 

Kilka dni później, po długim spacerze z Violettą wzdłuż rzeki Jangren, pierwszy raz odwiedził jej duży dom. Mieszkała przy Cmentarzu Trzech Róż w starej, jednopiętrowej willi. Znajdowała się ona kilkaset metrów od miejsca, w którym się poznali – przy końcu Eternal Memory Street, w najwyższym punkcie ulicy.

Zewnętrzna elewacja budynku była dość mocno zniszczona, ale miała bardzo ozdobną fasadę. Przed głównym wejściem, które stanowiły rzeźbione, dębowe drwi, stał portyk, podtrzymujący czterema smukłymi kolumnami trójkątny fronton. W jego rogach stały czarne, kamienne gargulce, w czasie deszczu efektownie wypluwające strumienie wody. Wewnątrz dom był ładnie utrzymany: cały wyłożony drewnem, pełen starych obrazów, rzeźb i antycznych mebli.

Zdziwił się, że samotną kobietę stać na taką posiadłość. Wyjaśniła mu, że dom dostała w spadku, a urządziła go za pieniądze zarobione na handlu dziełami sztuki. Często podróżowała do Rzymu, Wenecji, Florencji, Londynu, Paryża, Bukaresztu, Pragi, Budapesztu i Moskwy, by kupić mało znane, ale cenne obrazy, meble lub rzeźby, a potem sprzedać je z dużym zyskiem. Wspomniała, że jest historykiem sztuki i nieskromnie dodała, że zna się na antykach jak mało kto.

Tym, co najbardziej łączyło Marka z Violettą, był seks. W łóżku była niesamowita. Prawdziwy wulkan inwencji i namiętności. Chyba nie było takiego miejsca w ponad trzystumetrowym domu, w którym się nie kochali. Prawdopodobnie trudno byłoby również znaleźć pozycje, których nie wypróbowali. Zastanawiały go tylko dwie rzeczy. Violetta nie chciała całować się „z języczkiem”. I nigdy nie zdejmowała swojego krwistoczerwonego gorsetu.

Najczęściej kochali się w sypialni o ścianach i suficie wyłożonych lustrami na olbrzymim, zabytkowym łożu. Pokój tonął w półmroku, bo miał tylko jedno niewielkie okno, wychodzące na cmentarz. Oprócz łóżka o bogato zdobionych, drewnianych bokach i dużego regału z cennymi, zabytkowymi, oprawionymi w skórę i często liczącymi sobie kilka wieków książkami, stało tam też kilka wykutych z marmuru rzeźb dłuta dawno zapomnianego, średniowiecznego mistrza. Wszystkie przedstawiały ludzkie postaci naturalnych rozmiarów. Dwie z nich były nagimi nimfami, stojącymi w wyuzdanych pozach i głaszczącymi się po wyjątkowo obfitych biustach. Pozostałe cztery prawdopodobnie miały wygląd zbliżony do ideału mężczyzny Violetty, bo zawsze, gdy je odkurzała, czyniła to z dużą delikatnością i zmysłowością w ruchach, czule całując muskularne torsy wyrzeźbionych