KATARZYNA MISIOŁEK



GNIEW

 

Poluzował zaciśnięty pod samym gardłem, bezduszny węzeł szarego, jedwabnego krawata i oparł czoło o zimną szybę. Siąpiący od rana deszcz jeszcze bardziej pogłębiał jego ponury, żeby nie powiedzieć wisielczy nastrój. Chcąc ukryć drżenie rąk, zaczął się bawić paczką Marlboro, potem wyjął z niej ostatniego papierosa i zapalił, zachłannie, niemal z ekstazą zaciągając się zabójczym dymem. Firmowy korytarz za jego plecami żył swoim życiem. Winda podjechała na szesnaste piętro, z cichym szelestem rozsuwając metalowe wrota i wypluwając ze swoich czeluści kolejną partię opakowanych w sztywne garnitury, zmęczonych harówką urzędników z niewyspanymi, podkrążonymi oczyma. Nie patrzył w ich stronę, przecież wiedział, kim są. Kilku gości z biura notarialnego, być może rozwrzeszczany prezes spółki z naprzeciwka i paru kolegów z agencji reklamowej, w której sam pracował. Piętro mieściło tylko te firmy i każda z nich mocno trzymała w swoich mackach ludzi takich, jak on. Niedojadających i niedosypiających, lekko łysiejących szatynów tuż po trzydziestce, którzy całą swoją energię, czas i dobrą wolę oddawali trybom bezdusznej, firmowej machiny. Dopalił papierosa i jeszcze bardziej poluzował krawat, z narastającym gniewem przypominając sobie słowa tego wieprza, Barańskiego. „Pana projekt jest nie do przyjęcia zarówno ze względów merytorycznych, jak i czysto estetycznych” – powiedział mu ten nadęty, stary wał w obecności całego zespołu, rzucając wstępnymi szkicami poprzez szklany, konferencyjny stół. Potem dodał, że jako przełożony nie widzi postępów w jego pracy i zaznaczył, że jeśli nie zrobi nic w kierunku własnego zawodowego rozwoju, każdy jego miesiąc w firmie może być tym ostatnim. Dokładnie tak się wyraził, pomimo, że zapieprzam jak dziki osioł, wysiaduję nadgodziny, niczym kura złote jaja, haruję w weekendy, święta i nocami – pomyślał, czując jak żyła na skroni zaczyna mu pulsować, a do ust napływa wściekła żółć. Z furią dogasił niedopałek w stojącej na korytarzu, metalowej popielniczce na wysokiej nodze, a potem wszedł do ciasnej nory, dumnie zwanej gabinetem i włączył firmowego laptopa, bezmyślnie wpatrując się w tańczące mu przed przemęczonymi oczyma ikonki. Otworzył folder z najpotrzebniejszą dokumentacją, ale nie mógł się na niczym skupić. Im bardziej czuł, że musi pokończyć kilka niecierpiących zwłoki spraw, tym większą pustkę miał w głowie. Starał się myśleć o projektach, ale przed oczyma miał co innego.

Wyobrażał sobie zwyczajową, poniedziałkową konferencję. Wszyscy siedzą za olbrzymim, masywnym stołem ze szklanym blatem. Sekretarka starego ukradkiem, ledwo ruszając żuchwą, żuje gumę. Nowy bazgrze w notesie jakieś esy floresy, jednocześnie udając, że pilnie słucha. Kilka osób pod stołem bawi się komórkami, a stary, jak zawsze ciska gromy na mniej, lub bardziej winne głowy. Wtedy on wstaje, podchodzi do tego dupka i odsuwa jego krzesło, stając naprzeciwko. Chwyta go za klapy tego jego szpanerskiego garnituru, podciągając do góry tak, że niemal dotykają się nosami, a potem przeciąga wierzgającego starego przez cały pokój i z furią wyrzuca przez panoramiczne okno, szesnaście pięter w dół. Oczywiście, myśląc logicznie dopatrywał się tutaj całkiem sporych nieścisłości – chociażby szyby. Były z hartowanego, odpornego na stłuczenia szkła i jedno, co tak naprawdę mógłby zrobić, to wybić Barańskiemu bark, może lekko go poturbować, ale na pewno nie wyrzucić za okno. Jednak bardzo się tym nie przejmował – przecież tylko marzył. W marzeniach wszystko było inne. Możliwe i proste…

Czasem dla odmiany śnił, że ciska na biurko starego wypowiedzenie, a potem dla lepszego efektu rozbija coś w jego gabinecie, nazywa szefa durnym kutafonem i wychodzi z tej pieprzonej firmy raz na zawsze. Tyle, że tego wolał sobie nie wyobrażać zbyt często. Kiedyś czytał, że uparcie myśląc o pewnych sytuacjach możemy je prowokować, a nie chciałby przecież wylądować na tak zwanym bruku bez comiesięcznej pensji. Nie było go na to stać – każdy chciał od niego kasy, kasy, kasy i jeszcze raz kasy. Przypomniał sobie histeryczny głos byłej żony, wykrzykujący mu do słuchawki coś o zaległych alimentach, potem ufne, ciemne oczy siedmioletniego syna, proszącego o kolejną grę, komiks, buty… Matkę, która na granicy nędzy wegetowała żyjąc ze skromnej, nauczycielskiej emerytury i młodszego o kilka lat brata, który raz za razem ładował się w jakieś finansowe bagno. Wszyscy przychodzili do niego. Dzwonili, mailowali, pisali listy, petycje, SMS- y. Wyciągali do niego szpony, szczerzyli zęby w fałszywych uśmiechach, zaciskali mu ręce na gardle.  Wszyscy chcieli kasy, więc chcąc nie chcąc musiał tyrać, zadowalając tego sukinsyna Barańskiego, który z każdej jednej lekko przekrzywionej kreski we wstępnych szkicach, robił problem na skalę światową – pomyślał, zabierając się za porządkowanie biurka. Zatemperował wszystkie swoje ołówki (a miał ich siedemnaście, każdy jeden był prezentem od syna), poukładał papiery, umył dwa kubki po kawie z zaschniętymi, mulistymi resztkami neski na spodach i podlał stojącego w kącie pokoju, łysiejącego fikusa. Potem wyjrzał w dół, na ruchliwą, kilku pasmową ulicę. Doszło do niego kilka niewyraźnych klaksonów, potem usłyszał głośny, dochodzący z korytarza kobiecy śmiech i z westchnieniem zasiadł za biurkiem. Laptop wciąż czekał, otwarty i rozgrzany, jakby całym swoim elektronicznym jestestwem mówił mu „zrób wreszcie te cholerne projekty!”, ale on wciąż myślał o czym innym. Przeciągnął się i ziewnął.  Potem przeczesał palcami rzedniejące, cienkie włosy i poprawił zjeżdżające z nosa okulary w złoconych oprawkach. Jeszcze raz ziewnął, potem poprawił krzesło, z powrotem zacieśnił krawat i rozmasował zesztywniały kark.

- Dobra, do roboty, chłopie! – klasnął w dłonie, klikając, żeby ożywić wygasły monitor, ale wyglądało na to, że wszystko sprzysięgło się przeciwko jakimkolwiek postępom w jego projektach.

Drzwi od gabinetu uchyliły się nagle i zobaczył w nich Marzenę, jedną z graficzek.

- Masz już dla mnie te wstępne szkice kampanii szamponu? – zapytała oschle.

Wiedział,  że go nie lubi i z wzajemnością. Kiedyś było inaczej. Wpadła mu w oko praktycznie już w pierwszym dniu jego pracy, kiedy spotkał ją na korytarzu, walczącą z wiecznie psującą się kopiarką. Od tamtej pory rzucał jej przeróżne aluzje, kręcił się koło niej, jak pies koło kiełbasy, aż w końcu urżnął się na jednym ze spotkań integracyjnych i nie przebierając w słowach, usiłował ją zaciągnąć do swojego hotelowego pokoju. Olała go na oczach kolegów, nazywając żałosnym frajerem, a potem, jak firmowa wieść niesie, poszła się bzykać z tym nowym technikiem od komputerów. Z tym byczkiem o wyglądzie przejedzonego sterydami ciężarowca i intelekcie muła, nie obrażając mułów, oczywiście. Od tej pory odzywali się do siebie jedynie z musu i tylko w sprawach służbowych.

- Podrzucę ci je za jakąś godzinę – obiecał, chociaż wcale nie wierzył, że do tego czasu się wyrobi.

Po prostu liczył na chwilowe ugłaskanie furii tej złośliwej klępy. Syknęła, że już dawno powinna to mieć na biurku, a potem prowokacyjnie kręcąc szczupłym tyłkiem wyniosła się z jego gabinetu. Nadęta, tania zdzira – pomyślał, zabierając się za temperowanie znalezionego gdzieś na dnie szuflady, osiemnastego ołówka. Ten nie był od syna. Reklamował jakąś nową linię kosmetyków i był upstrzony wizerunkami kolorowych tubek kremów przeciwko rozstępom. Pomyślał, że szkoda drewna na takie badziewie, a potem z westchnieniem zabrał się do roboty. Skupił się. Zapomniał o zmęczeniu, głodzie i nasilającej się migrenie. Nagle, po jakiejś godzinie z radością zauważył, że robota zaczyna ruszać z miejsca. Pracował aż do dziewiętnastej, potem, kiedy żołądek dosłownie skowyczał mu z głodu, wyskoczył na szybką, razową kanapkę z sałatą i kurczakiem, ale po paru minutach wrócił do pracy. Klikał, pisał, drukował, potem czytał, dopisywał, znowu drukował, poprawiał i jeszcze raz, setki i tysiące razy klikał. Oczywiście na śmierć zapomniał o prośbie tej wydry i jej cholernej kampanii szamponu, ale miał to głęboko gdzieś. Liczyło się tylko to, że w końcu złapał jakieś natchnienie. Kiedy opuszczał biurowiec, dochodziła trzecia nad ranem. Nocny stróż skinął mu głową z pełnym politowania uśmiechem, a potem wrócił do kartkowania wymiętego, utłuszczonego majonezem pornosa. Jakub uśmiechnął się pod nosem, myśląc, że czasem chciałby mieć taką pracę. Totalnie odmóżdżającą, nudną, jak bieganie po wyprzedażach robotę, w której tylko odbębniałby paręnaście godzin, a potem wracał do domu, zalegając przed telewizorem z kuflem przyjemnie schłodzonego Heinekena w ręku. Wsiadając do samochodu pomyślał też, że musi zadzwonić do byłej żony, zabrać się w końcu za remont cieknącego dachu na ganku i odwiedzić matkę. Ta ostatnia myśl zrodziła bolesne ukłucie winy. Nie był u niej już ponad trzy tygodnie i za każdym razem, kiedy o tym myślał, czuł jakieś dziwne palenie w przełyku. Może to po prostu zgaga? – pomyślał, wyjeżdżając z podziemnego parkingu i włączając się do leniwego, nocnego ruchu. 

Kolejne poniedziałkowe zebranie zespołu, jak zawsze zaczęło się tuż po ósmej. Stary nie wyglądał dobrze. Był chyba przeziębiony, o czym świadczył chrapliwy głos, zaczerwienione oczy i leżąca na konferencyjnym stole paczka jednorazowych chusteczek o znienawidzonym przez Jakuba, truskawkowym zapachu.

- Przejdźmy do omówienia kolejnych projektów – powiedział, a raczej wychrypiał Barański, a potem łypnął w stronę Jakuba.
– Może zaczniemy od pana? Ostatnio miałem sporo zastrzeżeń do pańskiej pracy. Mam nadzieję, że coś zmieniło się na lepsze – mruknął, a potem odkaszlnął, sięgając po podaną mu przez Jakuba tubę z najnowszymi projektami.

Przez kilka minut siedział, pochrząkując i drapiąc się po łysinie, potem sapnął i rzucił oschłe:

- Dno, po prostu dno. Żadnej innowacyjnej wizji, zero wyobraźni, brak wyraźnego zakończenia. Poprawi pan to, albo…

Jakub czuł, że nie może złapać oddechu. Przestał słuchać i dalsze słowa docierały już do niego, jak przez mgłę. „Amatorszczyzna”, „Kompletnie nieprofesjonalna robota”, „Brak tak zwanej ikry” – kolejne uwagi jedna za drugą stawały się coraz mniej ważne. Liczył się tylko jego gniew. Czuł, że oczy przesłania mu jakaś ciemność z wirującymi w zawrotnym tempie, czerwonymi plamami w tle, a dłonie same zaciskają się w pięści. Wstał, truchtem przebiegł salę i podszedł do szefa, chwytając go za klapy. Potem, dokładnie tak, jak sobie wielokrotnie wyobrażał, zacisnął ręce na jego grubym, ukoronowanym trzęsącym się, drugim podbródkiem, gardle i dusił, dopóki tamten nie zaczął rzęzić i charczeć. Za plecami słyszał pełne niedowierzania okrzyki kolegów, pisk jednej z koleżanek i głośny szloch sekretarki starego, ale nie przestawał. Kiedy i tak wyłupiaste oczy Barańskiego, teraz dosłownie wyszły mu z orbit, a czerwona, nalana twarz stała się sino fioletowa, oderwał ręce od jego szyi, pozwalając mu opaść na wytartą, beżową wykładzinę. Szef chwycił się za gardło, ze świstem łapiąc hausty wymarzonego powietrza, a potem, kiedy nieco doszedł do siebie, wyszeptał:

- Jesteś, kurwa, zwolniony dyscyplinarnie, a ja dzwonię po policję.

Wtedy Jakub pomyślał o byłej żonie. Już czekała na przelew, chociaż musiał jeszcze co nieco dopłacić do wyjazdu syna na obóz i do leczenia jego krzywego zgryzu. Pomyślał, że ta dziwka Anita jest po prostu nienasycona. Podczas rozwodu wywalczyła dom, godne alimenty, a nawet pieprzonego psa, a teraz nęka go dzień po dniu nie rozumiejąc, że czasem może się odrobinę spóźniać z płatnościami. Potem przed oczyma stanęła mu wychudzona, smutna twarz matki. Wiedział, że bez regularnej, finansowej pomocy od niego, kobieta nie da sobie rady. Myślał o tym wszystkim, kiedy dotarło do niego, że pomimo ciężkiej, szaleńczej wręcz pracy został zwolniony i publicznie upokorzony. Czuł, że wściekłość dosłownie zalewa go żółcią. Odepchnął kolegę stojącego nad wciąż skulonym w kącie Barańskim, a potem chwycił za leżący tuż przy swoim notesie ołówek. Jeden z tych od syna. Cenny, jako pamiątka, ale nie na tyle, żeby nie mógł go użyć do tak szczytnego celu. Odepchnął chlipiącą sekretarkę starego, brutalnie pchnął następnego z kolegów, a potem przyklękając nachylił się nad starym i bez cienia wahania wbił ołówek prosto w to jego wybałuszone, przekrwione od przeziębienia oko. Drewniany skubaniec wszedł niemal po samą gumkę. Szefem kilkanaście razy rzuciły konwulsje, potem znieruchomiał. Teraz po sali przeszedł głośny okrzyk grozy. Ktoś usiłował go odciągnąć, ktoś inny nienaturalnie piskliwym głosem w kółko wzywał imienia bożego nadaremno. Jakiś męski, niski głos krzyczał „Policja! Dzwońcie po policję!”, ale Jakub nie przerywał. Czuł w sobie siłę, która pokonałaby z dziesięciu krzepkich gości. Koledzy wciąż usiłowali odciągnąć go od leżącego na podłodze, zakrwawionego Barańskiego, ale on skupił się jedynie na swojej zemście. Jakby cały ten skumulowany w nim miesiącami gniew, wybuchł właśnie teraz, w chwili kolejnego niesłusznego upokorzenia. Wyjął ołówek z oczodołu martwego już przełożonego, z chorą fascynacją obserwując, jak razem z wylanym na policzek okiem, z rany bluzga gorąca, królewsko purpurowa krew. Dotknął nieruchomej, zastygłej w tępym wyrazie niedowierzania twarzy Barańskiego, a potem samymi opuszkami palców musnął jego szyję, na której widniała czerwona pręga - niemy ślad po jego wściekłych dłoniach. Wstał i zachwiał się, wciąż jeszcze nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, a potem rzucił się w stronę ciężkich, szklanych drzwi i wybiegł na korytarz. Zbiegając po wąskich, zamkniętych w klaustrofobicznie ciasnej klatce schodowej, stopniach, podniósł do oczu zakrwawione dłonie, z fascynacją wpatrując się w tężejące, coraz ciemniejsze smugi krwi pomiędzy palcami. Budzik zadzwonił, kiedy wsunął sobie w usta palec wskazujący, smakując smak świeżej krwi. Otworzył oczy, wyrwany z wyrazistego snu i pacnął w dzwoniący zegarek, zrzucając go z półki.

- Psia mać – zaklął, wciąż jeszcze tkwiąc w lepkich szponach wyrazistego koszmaru.

 Mógłby się założyć, że prawie czuł w ustach żelazisty posmak krwi… Dopiero długi, chłodny prysznic przywrócił mu zarówno siły, jak i dobry humor. Ubrał się, szczególnie starannie dobierając krawat i koszulę, a potem w pośpiechu zjadł podeschniętą, pozostałą z wczorajszej kolacji kanapkę, wypił kawę, parząc sobie podniebienie i ruszył do samochodu. Do firmy, o dziwo, dotarł pogodny i zrelaksowany. Wysiadając z widny pogwizdywał kawałek z ulubionego musicalu, a potem żwawym krokiem udał się do swojego gabinetu. Kiedy do zebrania zostało mu tylko jakieś siedem, może osiem minut, ruszył do sali konferencyjnej. Usiadł na swoim miejscu, mniej więcej na środku stołu, w rzędzie pod oknami i zaczął rozkładać na stole tuby ze szkicami projektów.

 Stary przyszedł jak zawsze punktualny, za to wyjątkowo wściekły, zachrypnięty i zakatarzony. Utkwił swoje przekrwione, wyłupiaste oczy w twarzy Jakuba i rzucił to swoje suche: „Może zaczniemy od pana? Ostatnio miałem sporo zastrzeżeń do pańskiej pracy”. Jakub podał mu tuby ze szkicami i utkwił wzrok w jego nalanej, czerwonej twarzy. Świdrujące, wyłupiaste oczka szefa uważnie sondowały każdy jeden szkic, każdą kreskę i każdy podpis. W pierwszym momencie wciąż czuł się pewnie – wiedział, że dał z siebie wszystko. Jednak z minuty na minutę ogarniał go coraz większy niepokój, żeby nie powiedzieć narastająca panika. Kiedy czoło szefa przecięła podłużna, głęboka zmarszczka, Jakub poczuł, że robi mu się duszno, a dobrze mu znana fala strachu podchodzi mu pod wyschnięte z emocji gardło. Nagle jego wzrok padł na czerwono błękitny, zakończony gumką ołówek od syna. Taki sam, jakim we śnie dźgnął szefa prosto w te jego podłe, uparte zwoje mózgowe. Postarał się myśleć o czymś innym. Przelotnie zerknął w pomarszczony, nieapetyczny dekolt sekretarki starego, potem zlustrował kiczowaty, wzorzysty krawat jednego z grafików, przeleciał wzrokiem po czarno białych rycinach zdobiących przeciwległą ścianę, ale jego myśli wciąż krążyły wokół perfekcyjnie zaostrzonego ołówka. Wtedy znowu to zobaczył. Zmarszczka na czole Barańskiego pogłębiła się do granic absurdu, a pełen niezadowolenia, poirytowany grymas wygiął jego usta w krzywą podkowę.

- Przykro mi, ale to wciąż nie to, czego bym od pana oczekiwał. Zwykła amatorszczyzna – powiedział Barański, a ręce Jakuba bezwiednie zacisnęły się na świeżo zatemperowanym ołówku.

Nagle poczuł, że jego ciało zaczyna żyć własnym, bezlitosnym i od dawna obmyślonym planem.

- Miałem dziś proroczy sen –  usłyszał swój własny, niewyraźny bełkot, a potem chwiejąc się z nadmiaru emocji, odprowadzany zdziwionymi spojrzeniami kolegów, wstał i ruszył w stronę szefa, zaciskając w dłoni czerwono błękitny prezent od syna.    

AUTOR:  Katarzyna Misiołek