PAWEŁ SALAMUCHA



GRUPA OPERACYJNA

 

- …ciała pokryte tym świństwem.
- Tak jak Maria.
- Więc na co jeszcze czekamy.
- Dobrze powiedziane. Czekamy.
- ale…
- Czekamy!
- Zrozumiałem – Zrozumiał dobrze rozkazy szefa, a przynajmniej tak mu się wydawało.
W głowie miał pustkę i tylko jedno zasadnicze pytanie – co dalej?

Ta historia zaczęła się jak wiele innych, jak tysiące podobnych. Lecz finał. Finał jest jedyny w swoim rodzaju.
Z pokoju w którym ukryli się była tylko jedna droga ucieczki – drzwi wejściowe. W środku było kilka półek na środki czystości, mopy, ścierki. Kilka starych połamanych krzeseł i tyle. W sumie była to tylko zwykła komórka dla sprzątaczek, aby miały gdzie trzymać swój sprzęt. Każda firma przeznacza jedno pomieszczenie do tego celu.

- Czterech ludzi umieszczonych w pułapce bez wyjścia. Czterech silnych mężczyzn… żołnierzy. Jak mogło do tego dojść? – myślał.
- Przestańmy się wzajemnie dobijać. Musimy działać! – starszy kapral powiedział głośno to o czym wszyscy myśleli.
- Niby jak chcesz to zrobić mądralo. Jak chcesz się stąd wydostać.
- Jest jeden sposób ucieczki – tak myślę. Szyb wentylacyjny – mówiąc to wskazał palcem na lewy róg pokoju. Wszyscy spojrzeli. Powyżej półki znajdowała się metalowa kratka.
– proste i oczywiste. Taki właśnie był starszy kapral. Zawsze trafiał w sedno i zawsze robił to w najmniej oczekiwanym momencie.
- Tadach, tadach – szarpanie za klamkę.
- Szefie, wiedzą gdzie jesteśmy – powiedział szeptem człowiek stojący najbliżej drzwi.
- Ciii – wskazujący palec powędrował w stronę ust.
- Tadach, tadach … grereer – dziwaczne dźwięki wydobywające się zza drzwi dały im pełny obraz sytuacji w jakiej się znaleźli.
- Szybko spleć dłonie w koszyczek, Robert idzie pierwszy, później Marek, Kuba i ja.

Starszy kapral odkręcił pokrywę przewodu wentylacyjnego. Był on na tyle duży, aby mógł się w nim zmieścić dorosły mężczyzna.
- Więc może się uda – zdawali się myśleć.

Niestety nie udało się. Chwilę potem rozwścieczony tłum żywych trupów (ich dawnych kompanów) wpadł do środka razem z drzwiami. Nie mieli żadnych szans ucieczki…

AUTOR:  Paweł Salamucha