JAN CZARNY


NOWY WUJEK DLA KORNELKI

 

             Rudolf zapakował do ust garść chipsów i brudnymi od tłuszczu łapami zaczął klikać przyciskiem myszki.

            Pierwsze zdjęcie: uśmiechnięte blondyneczka o puszystych lokach, ubrana w wiosenną, żółtą sukienkę, na głowie słomiany kapelusik. Ma nie więcej niż pięć lat. Zafascynowana wpatruje się z krążące w powietrzu bańki mydlane.

            Drugie zdjęcie: ta sama dziewczynka. Teraz bawi się z wielkim rottweilerem, podwinięta do góry spódniczka odsłania białe majteczki.

            Mężczyzna poczuł naglą suchość w ustach. Najchętniej napiłby się czegoś, ale nie chciał tracić czasu na wyjście do łazienki. Chwycił za dziurawy, zakrywający wydatny brzuch podkoszulek i wytarł nim cieknący z czoła pot.

            Trzecie zdjęcie: tym razem ma na sobie tylko białą koszulkę na ramiączka i bieliznę. Patrzy się niepewnie w obiektyw aparatu.

            Ręce Rudolfa zaczęły drżeć z podniecenia. Z trudem wystukał na klawiaturze:

            - Ile?

            - Trzy tysiące – odpisał rozmówca.

            Zamknął na chwilę oczy, przeliczając, czy go stać.

            - Kiedy spotkanie?

            - Może wpadnie pan do nas w piątek? Kornelia bardzo się ucieszy z nowego wujka.

            - Ok.. Adres?

            - Krakowska 23. Proszę być około 21. Dobranoc.

            - Pa.

            Wyłączywszy komputer, Rudolf siedział chwilę w bezruchu, po czym, sapnąwszy z wysiłku, wstał i zaczął szykować odświętny garnitur.

 

XXX

 

            Krakowska była niewielką, schludną ulicą na obrzeżach miasta. Krzaki i drzewka bujnie porastały podwórka, ogrody pyszniły się wielobarwną mozaiką.

            Domek, którego szukał, stał na samym końcu. Niewielki, jednopiętrowy, w sam raz dla samotnego ojca z dzieckiem.

            Rudolf zaparkował przed bramą wjazdową, niezdecydowany, co ma robić dalej. Już raz wpakował się w policyjną obławę. Uciekł - musiał jednak przenieść się do innego miasta i pozacierać wszystkie ślady.

            Obiecał sobie wtedy, że już nigdy więcej… Wiedział, co robią z takimi jak on w więzieniu. Ale wytrzymał tylko kilka miesięcy. Po okresie abstynencji głód maleńkich ciał wybuchł w nim ze zdwojoną siłą.

            Wziął kilka głębokich wdechów i rozejrzawszy się uważnie na wszystkie strony, wysiadł z auta.

            Furtka otworzyła się bez najcichszego skrzypnięcia. Ścieżkę prowadzącą do drzwi wejściowych obsadzono karłowatymi drzewkami, sprawiającymi, że wszechobecna noc zdawała się jeszcze czarniejsza.

            Był mniej więcej w połowie drogi, gdy usłyszał za sobą cichy trzask łamanych gałązek. Odwrócił się błyskawicznie, gotowy w każdej chwili do ucieczki.

            Nic.

            Światło ulicznych latarni nie docierało tutaj, muskając tylko delikatnie bramkę i obszar kilkanaście centymetrów wgłęb.

            Zaczął zastanawiać się, czy nie zawrócić, kiedy usłyszał kolejny trzask, tym razem o wiele bliżej. Ktoś skradał się za zasłoną z tui.

            Skuliwszy się, przywarł do ziemi, wciskając tłuste ciało pod gałęzie drzewka. Miał nadzieję, że ewentualny przeciwnik przejdzie obok, a on w tym czasie da dyla za jego plecami.

            Nagle wszystko ucichło. Rudolfowi wydawało się, że nawet świerszcze z pobliskiej łąki przestały odgrywać godowe trele.

            I wtedy dojrzał parę jarzących się czerwienią oczu, tuż przy swojej twarz. Powietrze przeszył cichy warkot, w nos uderzył fetor gnijącego mięsa. Mężczyzna zamarł z bezruchu, sparaliżowany strachem. Nie widział sylwetki napastnika, niemniej oszalała wyobraźnia podsunęła tyle przerażających scenariuszy, że wolał już raczej pozostać w nieświadomości.

            Tymczasem warczenie nasiliło się, wróżąc rychły atak.

            Niespodziewanie gdzieś z tylu padł snop światła, ukazując postać rozjuszonego rottweilera, spiętego i gotowego rozszarpać intruzowi gardło.

            Rudi z trudem przełknął ślinę.

            - Pieszczoch, Pieszczoch, co ty tam robisz? – usłyszał za sobą męski głos, jednak nie był w stanie się odwrócić.

            Ktoś stanął tuż za Rudolfem.

            - Coś za jeden?

            Paszcza psa rozszerzyła się, prezentując garnitur ostrych zębów.

            - Waruj, Pieszczoch. Gadaj albo zobaczymy czy biegasz szybciej od mojego pupila.

            - Ja… Byłem umówiony… Przyszedłem odwiedzić Kornelię… - dukał zagadnięty, czując, że koszula przemokła mu już całkowicie i przykleiła się do grzbietu.

            - A, to pan – głos złagodniał, przechodząc płynnie na formę grzecznościową – Przepraszam najmocniej. Mieliśmy ostatnio w sąsiedztwie dwa włamania, człowiek robi się ostrożny… Proszę wstać, zaraz pomogę…

            Mężczyzna chwyciwszy Rudolfa w pasie, bez wysiłku podniósł go do góry.

            - Kazimierz Modrzewski – wyciągnął rękę.

            - Rudolf…Kowalski – zmyślił na poczekaniu.

            Tamten pokiwał tylko głową, najwyraźniej wierząc, lub po prostu udając, że wierzy w fałszywe nazwisko.

            - Proszę za mną, cały pan przemókł, noc wyjątkowo zimna… Niech się nie obawia Pieszczocha, robi dużo hałasu, ale tak naprawdę jest łagodny jak baranek.

            Rudi rzucił okiem na rottweilera i doszedł do wniosku, że to bydle, co najwyżej jada baranki. I to w całości. Oślinione szczęki wydawały się zdolne kruszyć kości. Potwór nie opuszczał ich, aż do drzwi wejściowych, cały czas kręcąc się koło nóg. Usiadł dopiero na werandzie. Sam, bez rozkazu, ułożył się na przednich łapach, odprowadzając czujnym wzrokiem niknącego w domu intruza.

            Rudolf odetchnął dopiero w salonie, kiedy gospodarz wręczył mu szklankę coli. Popijając zimny napój, przyglądał się z zaciekawieniem właścicielowi piekielnego psa.

            Szczupły, wysoki, o lekko przerzedzonych włosach. Miał na sobie rozciągnięty sweter i spodnie od garnituru, a na nogach rozczłapane pantofle. Ot, wzorowy tatuś z podrzędnego, amerykańskiego serialiku.

            - Całe szczęście, że się pan zjawił – wydyszał „Kowalski”, pomiędzy jednym łykiem, a drugim – Ta bestia mogła mnie zagryźć.

            Modrzewski uśmiechnął się przepraszająco.

            - Nic z tych rzeczy. Niemniej, bardzo mi przykro z powodu garnituru… – wskazał palcem plamę zieleni na spodniach gościa.

            Rudolf poczuł nagły przypływ złości, do oczu napłynęły łzy.

            Głupi kundel!

            - Nie szkodzi. I tak miałem kupić nowy – mruknął, próbując nad sobą zapanować – A tak w ogóle, gdzie jest nasz aniołek?

            Zaczął rozglądać się dookoła.

            - W swoim pokoju. Bawi się lalkami w mamę i tatę.

            Puścił do Rudiego oko, wywołując u niego znajomy, rozsadzający podbrzusze żar.

            - Czy mógłbym… - przełknął głośno ślinę – Czy mógłbym ją już poznać? Wprost nie mogę się doczekać…

            - Oczywiście. Proszę za mną – Kazimierz wstał i kiwnąwszy zachęcająco palcem, wyszedł na korytarz.

            Od środka dom wydawał się znacznie większy.

            - Jest dobrze rozplanowany – paplał Modrzewski, gdy wdrapywali się schodami na górę – W rzeczywistości znajduje się tutaj tylko siedem pomieszczeń, w tym kuchnia i dwie łazienki. Cóż, dobry architekt potrafi czynić cuda.

            Parsknął śmiechem.

            Dość niechętnie, by nie obrazić gospodarcza, Rudi mu zawtórował. Niecierpliwił się, a cholerny korytarz wydawał się nie mieć końca.

            Kiedy wreszcie stanęli przed drzwiami upragnionego przybytku rozkoszy, jego ręce dygotały jak u epileptyka.

            Modrzewski zdawał się tego nie zauważać.

            - Trochę niezręcznie mi pana o to prosić, ale… - odchrząknął zakłopotany – Czy mógłby już teraz dostać umówioną sumę?

            Rudi nie był w stanie wygrzebać schowanej w kieszeni marynarki koperty. Gdy mu się wreszcie udało, podczas podawania upadla na podłogę. Schylił się szybko i wręczył ją ojcu dziecka.

            - Jeżeli chce pan przeliczyć.. – wydyszał, marząc o tym, żeby nie chciał. To napięcie przyprawiało go o zawrót głowy. Musiał. Już. Zaraz.

            - Nie, nie, w porządku, wygląda pan na uczciwego człowieka – położywszy rękę na klamce, zawahał się – Jeszcze jedno. Nela jest zawsze na początku bardzo nieśmiała wobec obcych. Proszę jej zaśpiewać tą słynną kołysankę: „Ach śpij, kochanie, wszystkie dzieci nawet złe, pogrążone są we śnie”, zna pan?

            - Znam, znam – wytarł spocone ręce o spodnie. Czerwony jęzor niczym wielka, spasiona glizda, co chwile wysuwał się z ust i oblizywał spierzchnięte wargi. Przestępował z nogi na nogę.

            - To wspaniale. Kornelia ją uwielbia. Od razu inaczej pana potraktuje – otworzył drzwi na oścież.

            Pokój był dość duży, zajmujący połowę piętra. Oświetlały go niewielkie lampki dające delikatną, różową poświatę, dokładnie taką, jak w jego fantazjach. Wszystkie kąty zapchano piętrzącymi się stosami zabawek: misiów, lalek, domków.

            Przy przeciwległej ścianie, na tle czerwonych zasłon siedziała dziewczynka ze zdjęć. W obu rękach trzymała lalki, odprawiając nimi bezgłośnie pantomimę. Ubrana była jedynie w koszulkę i majteczki, te same, które widział na zdjęciach.

            - W takim razie, życzę miłej zabawy – mrugnąwszy porozumiewawczo, Modrzewski wymknął się na korytarz.

            Rudi powoli, żeby nie spłoszyć dziecka, podszedł i przykucnął naprzeciwko.

            - Cześć Kornelia…

            Uniosła pyzatą buzię i uśmiechnęła się. Niewinnym gestem odgarnęła niesforny loczek, który opadł na twarz.

            Serce mężczyzny zabiło szybciej. Przypomniał sobie uroczą Choineczkę, poznaną kilka lat wcześniej w stolicy. Na samą myśl przeszły go rozkoszne dreszcze. Ale nie chciał niczego przyśpieszać, wolał, gdy sprawy toczyły się we własnym tempie. Dobre dziecko, to oswojone dziecko.

            - Nazywam się Rudi – wyciągnął rękę na przywitanie.

            Jasno błękitne oczy spojrzały na nią badawczo, ale Kornelia nie wykonała najmniejszego ruchu. Po chwili wrócił do przerwanej zabawy lalkami, całkowicie ignorując mężczyznę.

            Ten poczuł gniew, pomieszczany z niepewnością. O co jej, do cholery, chodzi,?!

            Odchrząknął. Może rzeczywiście jest nieśmiała?

            - Lubisz śpiewać, Słońce? – zaświergotał przymilnie – Znam pewną śliczną piosenkę… Ach, śpij kochanie…

            Główka pięciolatki nagle poderwała się do góry. Mężczyzna dostrzegł, że jej źrenice rozszerzają się nienaturalnie.

            - Jedzonko! – zapiszczała radośnie, rzucając się na niego.

            Uderzyła z taką siłą, że Rudolf, przekoziołkowawszy przez połowę pomieszczenia, wylądował na plecach. Zanim zorientował się, co się stało, już na nim siedziała. Uniósł rękę w obronnym geście. Dziewczynka chwyciła ją w pulchne dłonie i bez wysiłku zaczęła potrząsać na boki.

            - Tosi-tosi-łapci! – recytowała rozanielona.

            W pewnym momencie szarpnęła w dwóch różnych kierunkach, a ramię mężczyzny trzasnęło jak zapałka. Wrzasnął przeraźliwie i zrzucił Nelę.

            Podniósł się na kolana i próbował czołgać do wyjścia. Ciągnął za sobą bezużyteczną rękę, z której sterczała biała, tu i tam poznaczona śladami krwi, kość.

            Przebył może metr, kiedy poczuł uderzenie w plecy i runął przed siebie. Początkowo zastygł w bezruchu, ale po sekundzie ryknął na cały głos, gdy kość ze złamanej ręki rozerwała brzuch, wbijając się w żołądek.

            Momentalnie zaczął szlochać w bezsilnej rozpaczy.

            Za to Kornelia bawiła się rewelacyjnie. Podskoczyła do góry i z całej siły łupnęła maleńkimi nóżkami o barki ofiary.

            Rudiego przeszył potworny ból - łamiące się żebra przebiły w dwóch miejscach płuca. Rozległ się dźwięk, jakby ktoś wypuścił powietrze z balonu.

            Nie mógł oddychać.

            Jednak to nie miało już znaczenia: Nela odchyliła mu głowę do tyłu i jednym kłapnięciem dziecięcych szczęk rozerwała krtań.

 

XXX

 

            Kazimierz krzątał się po kuchni, przyrządzając jajecznicę na kolację. Dorzucał właśnie pokrojoną kiełbasę i szczypiorek do rozbitych na patelni jajek, kiedy usłyszał za sobą niecierpliwe szuranie. Odwrócił głowę, jednocześnie nie przestając mieszać potrawy drewnianą łyżką.

            Za nim stała Kornelia. Włosy, zamiast ułożone w rozkoszne kędziorki, były teraz proste, pozlepiane szarą breją. Chyba resztkami mózgu, jak przypuszczał. Cała wychlapała się czerwoną mazią, pogrupowaną w niewielkie strumyczki, które powoli przysychały.

            Najgorzej ubabraną miała twarz. Jedynym odcinający się punkt stanowiły oczy, niebieskie i radosne. Pogłaskała się po sytym brzuszku.

            - Mniam – mlasnęła.

            Modrzewski spojrzał pozostawione w przedpokoju krwawe ślady.

            - Co to za porządki, moja panno? – zapytał groźnie – Ile razy mam ci powtarzać, że masz się umyć po posiłku?

            Dziewczynka spuściwszy głową, pociągnęła nosem.

            - No, no, już dobrze – głos mężczyzny złagodniał – Tylko mi tu nie płacz. Marsz do łazienki i porządnie się wyszoruj, bo spóźnisz się na film. Ale dokładnie, bo przyjdę sprawdzić czy ząbki też umyłaś.

            Uradowana, przyskoczyła do ojca. Przytuliła się i chwilę później już jej nie było. Trzasnęły drzwi zamykanej łazienki, zaszumiała puszczana woda.

            Kazimierz przerzucił jajecznicę na talerz i odstawiwszy patelnię, oparł głowę o kuchenną szafkę. Znowu kupa roboty z zasypywaniem zwłok wapnem. Nie znosił tego – śmierdziało niewyobrażalnie, musiał później cały dzień wietrzyć mieszkanie. Do tego mycie podłóg i ścian. Bez dwóch zdań - Kornelia strasznie brudziła…

            Westchnąwszy, wspomniał matkę dziewczynki, zawsze zaradną i przedsiębiorczą. Otwartą na wszystko i na wszystkich. Jednak ona również w końcu nie wytrzymała. Wyprowadziła się z domu dwa lata temu, zostawiając go samego z dzieckiem. Od tego czasu nawet nie zadzwoniła.

            Całe szczęście dzięki takim bydlakom, jak Rudolf Jakiś-Tam, Kazimierz mógł cały czas siedzieć w domu i pilnować małej w dzień, kiedy śpi. Dostarczali im pieniędzy oraz pożywienia, którego Nela ciągle się domagała. Kiedyś wystarczył jeden miesięcznie, teraz i jeden tygodniowo było mało.

            Chociaż to nigdy nie stanowiło problemu. Chętnych zboczeńców nie brakowało...

            Aby odróżnić ich od ewentualnych gości, zawsze kazał im śpiewać ulubioną kołysankę Korneli. To był dla niej znak, że podano do stołu.

            Sąsiadom wytłumaczył, że dziecko ma alergię na światło i dlatego nie wychodzi bawić się na zewnątrz.

            Tylko co zrobi w przyszłym roku, kiedy Kornelia będzie musiała pójść do przedszkola? 

AUTOR:  Jan Czarny