MACIEJ SZYMCZAK

ODWET

 

- Czy jest Pan pewien, że to tutaj ? – zagadnął taksówkarz w średnim wieku, na jego twarzy malowało się szczere zatroskanie. Fakt. Okolica była ponura, sypiące się, brudne kamienice, zakazana dzielnica miasta. Dochodziła 23, o tej porze tylko samobójcy mogli się tutaj kręcić….

- Tak – odparłem szorstko – ile płacę?

Taksówkarz nadal kręcił z niedowierzaniem głową, próbując mnie uświadomić jak wielki błąd popełniam.

- Czy to na pewno aby tu? – zapytał odpowiadając sobie po chwili – Z pewnością pomylił Pan adres. Tutaj kręcą się tylko podejrzane osoby lub zboczeńcy, Pan mi nie wygląda na pederastę - urwał swój dociekliwy dialog dostrzegając gniew malujący się na mej twarzy.

- Nie pana kurewski interes! Ile płace?! – nie czekając na odpowiedź rzuciłem w jego stronę banknotem stu złotowym i wychodząc z kabiny taksówki ruszyłem w głąb mrocznej ulicy. Wiatr unosił w powietrzu sterty śmieci, mijane przeze mnie bramy były puste, w oknach światło się nie paliło, tak jakby cała dzielnica opustoszała. Ujrzałem niskiego typa ze sporą nadwagą wyczekującego niecierpliwie mojej wizyty. Stał nieruchomo niczym żołnierz przy Buckingham Palace, zerkając od czasu do czasu w otchłań kamienicy, jakby obawiając się, że ktoś stamtąd nagle wyskoczy. Moja obecność wyraźnie ożywiła jego niezgrabną, ślamazarną sylwetkę, wyszedł naprzeciw z udawanym uśmiechem.

- Czy dotarłem pod właściwy adres? Kolejowa 34? – skinął głową, wyciągając paczkę spod płaszcza. Wręczył mi ją nerwowo, dając do zrozumienia iż nie zamierza tutaj stać ani chwili dłużej. Otworzyłem zawartość pakunku, wewnątrz tkwił owinięty w folię rewolwer. Chwyciłem go z satysfakcją przymierzając go do mej dłoni. Uśmiechnąłem się diabelsko, żądza zemsty przepełniała me istnienie, ucałowałem chłodna lufę pistoletu, ruszając w głąb stęchłej kamienicy.

- Chwilę! – powstrzymał mnie wynajęty wcześniej detektyw - radzę Panu zrezygnować, jeszcze nie jest za późno, lepiej zostawić te sprawę policji, Pan nie wie  z kim ma do czynienia! – w jego głosie wyczułem wyraźną nutę strachu.

- Dokładnie wiem co robię, proszę nawet nie próbować mnie zatrzymywać – odparłem zniecierpliwionym, łaknącym sprawiedliwości głosem - To sprawa miedzy  nim a mną! - wykrzyknąłem czując jak poziom adrenaliny wzrasta w mym ciele. Czułem się mocny, na tyle silny aby posłać tego śmiecia do krainy zmarłych.

- Proszę mnie wysłuchać – nie dawał za wygraną grubas - ja…

- Pierdol się! Twoim zadaniem było znaleźć adres tego skurczybyka oraz załatwić spluwę, cokolwiek byś nie powiedział i tak nie zmienię zdania!

Spojrzał na mnie jakoś tak ze smutkiem w oczach,  jakby spodziewał się w najbliższym czasie znaleźć mój nekrolog w gazecie. Wzruszył ramionami wzdychając głęboko, po czym odszedł mamrocząc coś pod nosem. Adrenalina buzowała w moim ciele, ruszyłem pewnie w górę  po zbutwiałych, spękanych drewnianych schodach. Skrzypiały jak cholera, starałem się zachowywać jak najciszej, w końcu element zaskoczenia dawał mi dodatkowa szansę. Złość i furia wzbierała we mnie coraz bardziej, paraliżowała mój strach, czułem się bardzo pewnie, modląc się w duchu aby nie zabrakło mi odwagi w kluczowym momencie. Kamienica wydawała się wymarła, drzwi do mieszkań były albo zaryglowane, albo w ogóle ich nie było. Z ich wnętrza wdzierał się na klatkę schodową smród, gniotący żołądek fetor, będący mieszaniną wymiocin, uryny i  wszelkich ekskrementów. Wszystkie lokale wyglądały jakby były opuszczone dziesiątki lat temu, ściany popękane, niedbale pobazgrane sprayem. Będąc w połowie drogi, usłyszałem cichy głos dobiegający z wieńczącego tą ruderę 6 piętra. Brzmiał jak program telewizyjny, jakaś muzyka, chyba usłyszałem czyjeś westchnienia. Z każdym kolejnym krokiem dźwięki stawały się coraz bardziej wyraźne, moje ucho rozpoznało głośne wzdychanie i jęki. Stanąłem na przedostatnim piętrze, spoglądając na uchylone masywne żelazne drzwi. W środku było głośno, zapewne nikt nie usłyszał jak wchodzę po schodach. Zacisnąłem dłoń na rękojeści broni, sprawdzając czy na pewno jest odbezpieczona.

Teraz, albo nigdy - pomyślałem taranując barkiem uchylone skrzydło drzwi. Przykucnąłem wyciągając broń przed siebie, spodziewałem się konfrontacji, ale stałem sam u progu wpatrując się w długi, pusty korytarz. Ruszyłem powoli, czując jak odwaga stopniowo mnie opuszcza. Na ścianach korytarza wisiały oprawione w ramki zdjęcia. Oszołomiony spoglądałem na nie rozpoznając w nich obrzydliwe pedofilskie akty. Starzy mężczyźni, młodzi chłopcy, dziewczynki, prezentujący nienaturalne pozycje miłosne. Z końca korytarza dobiegały sprośne odgłosy,  rozkoszne westchnienia  przeplatały się z płaczem i prośbami o litość. Czując obrzydzenie, zebrałem się w sobie i wkroczyłem do pokoju znajdującego się na końcu korytarza. Znalazłem się w dużym pomieszczeniu pozbawionym mebli. Na środku pokoju stał fotel, duży i masywny, nie mogłem dojrzeć kto w  nim siedzi. Na ścianie wisiała plazma, przed mymi oczami rozgrywał się odstręczający pornograficzny seans. Czując przesyt  zwyrodniałą atmosfera jaką było przesiąknięte mieszkanie, wystrzeliłem. Zapadła grobowa cisza. Stałem tak skołowany słysząc tylko bicie własnego serca, czekając na rozwój wydarzeń. Uświadomiłem sobie wpadając w panikę iż chybiłem celu. Pocisk zamiast przeszyć fotel, dosięgając sprawcę mojej traumy, utkwił w plazmie, przerywając obleśny pedofilski film. Coś stanęło mi w gardle gdy usłyszałem dźwięk przesuwającego się fotela. Wtem ujrzałem go. Stanął zaledwie parę metrów ode mnie całkiem nagi, z ogoloną głową, torsem i kroczem. Jego klatkę piersiową zdobiły groteskowe tatuaże przedstawiające twarze uśmiechających się dzieci. Chuda, spiczasta twarz pokryta była chłopięcym zarostem, choć on sam niewątpliwie był z pewnością po 40. Uwagę zwracała jego wysportowana, wyrzeźbiona sylwetka. Był bardzo wysoki, wyglądał na osobę wykształconą. Stał spokojnie naprzeciw mnie, drapiąc się po brzuchu, wyraźnie czekał na mój ruch, nie obawiając się mnie wcale. Wycelowałem w niego, patrząc z pogardą i nienawiścią:

- To twój koniec skurwysynu! Tropiłem cię pół roku, pieprzone pół roku! Teraz cię mam, tylko dla siebie! Odpowiesz za krzywdę, którą wyrządziłeś mojej rodzinie! - wykrzyczałem, czując satysfakcję z wymierzanej właśnie sprawiedliwości. Czekałem, aż zacznie błagać o życie, padnie na kolana zanosząc się płaczem. Nic takiego jednak się nie stało.

- Twoją rodzinę? Kto z twoich bliskich został przeze mnie skrzywdzony? - zapytał chłodno, wbijając we mnie cynicznie wzrok. W jego głosie nie było cienia bojaźni.

- Ty, ty... - poczułem jak oczy wypełniają mi się łzami - jak możesz nie pamiętać! Już ja ci łachu przypomnę, Malwinka, mój blond aniołek, co ona ci zawiniła, dlaczego jej to zrobiłeś?!!

- Malwinkaaaa - westchnął z zadumą szukając informacji w swym umyśle - O tak! Pamiętam ją, jej krzyki... Była taka bezużyteczna, taka oporna... Zerżnąłem ją parę razy, nawet sfilmowałem to, ale nie umiała zachowywać się przed kamerą. Musiałem się jej pozbyć, skręciłem kark temu biednemu gołąbkowi - odpowiedział bez śladu emocji w głosie.

Ogarnął mnie szał, prawdziwa furia, upuściłem pistolet, chciałem mieć go tylko dla siebie, rozerwać na strzępy, ubić, utoczyć krwi. Ruszyłem z całym impetem, nacierając na niego wszystkimi dostępnymi siłami, lecz on okazał się niezwykle zwinny. Zgrabnie uniknął mego ataku, odsuwając się na bok, walnąłem boleśnie w ścianę, przewracając się na podłogę. Stanąłem prędko na nogi, ze zdziwieniem obserwując uśmiechającego się mężczyznę. W szale bojowym przystąpiłem do ponownego ataku, z całej siły wycelowałem pięścią w jego twarz, ale on bez trudu sparował mój cios. Poczułem ból w nadgarstku gdy wykręcił mi rękę, po chwili spadła na mnie lawina ciosów, coś pękło w okolicach kręgosłupa. Runąłem na ziemie, nie mogąc złapać tchu. Słyszałem jego śmiech nad sobą, nie mogłem się ruszyć, byłem czasowo sparaliżowany.

- Widzisz mój żałosny mścicielu - drwił chrząkając pod nosem - może i mnie znalazłeś, ale nie rozpoznałeś gruntu na jaki wkroczyłeś. A to bardzo grząski grunt - mówiąc to wsunął dłoń pod mój brzuch, przysuwając mnie bliżej siebie. Jego ręka wędrowała w stronę moich genitaliów, poczułem jak dobiera  się do paska od spodni .

- Jestem Który Jestem, Twoim Bogiem!! Twoje ciało należy do mnie, nigdy nie poznasz mego prawdziwego imienia! -  Zdarł ze mnie spodnie i bieliznę. Byłem oszołomiony swą bezbronnością - Czasem nazywają mnie: grzechotnik, innym razem: czort, ale ja najbardziej lubię ksywkę nadana przez dzieci:  cukrowy dziadek - serce waliło mi jak szalone, czułem jak wsuwa rękę pomiędzy me pośladki, krew z rozbitego czoła lała mi się do oczu -  A teraz doświadczysz tego co twoja córeczka, zerżnę cię jak świnię, jak się mi nie spodobasz to podzielisz los swojego dziecka! - krzyknął niewiarygodnie niskim, diabelskim głosem. W tamtej chwili wydawał mi się kimś więcej niż tylko człowiekiem.

Położył się na mych plecach, przygniatając swoją wagą, był tak ciężki iż nie mogłem złapać tchu. Poczułem ostry ból, jakby ktoś włożył mi stalowy pręt do odbytu. On był  we mnie, wchodził coraz głębiej, coraz mocniej.

- AAaaa - krzyczałem, błagając  by przestał, ból był nie do zniesienia. Gwałcąc mnie, jednocześnie hańbił mnie od środka, rozrywał mą duszę, rozszarpywał umysł.

- Krzycz szmato, krzycz dziwko!!! - wrzeszczał nacierając coraz brutalniej.

Straciłem przytomność. Przebudziłem się półnagi, leżąc na drewnianym parkiecie. Wciąż byłem przyćmiony, nie mogłem się ruszyć, chwilowo nie odczuwałem palącego bólu w dolnej partii ciała. On rozmawiał z kimś przez telefon na korytarzu. Śmiał się i żywo gestykulował. Jakoś udało mi się ocucić i podczołgać do rewolweru, który wcześniej na własną zgubę, lekkomyślnie upuściłem. W tym momencie nie liczyło się nic innego, musiałem zmyć hańbę z siebie i swojej córeczki, zabić tego potwora, aby nigdy więcej już nikogo nie skrzywdził. Z trudem chwyciłem pistolet. Połamane żebra przypomniały nagle o sobie, rozpalając w brzuchu ognisko prawdziwego bólu. Wypełzłem na korytarz niczym glista, nie zauważył mnie, łaził w kółko rozmawiając przez telefon. Skupiając się na celu zdołałem podnieść rękę i wystrzelić. Niespodziewanie ujrzałem malujący się na jego twarzy strach, był bardzo zaskoczony. Zdziwiony i przerażony zarazem. Upuścił komórkę, spoglądając na mnie z wyrzutem. Zdębiały przyglądał się ranie w której utkwiła kula wystrzelona z mego rewolweru. Strzeliłem ponownie muskając jego ucho. Chwycił się za krwawiąca rękę i pognał w głąb korytarza. Oddałem  jeszcze dwa strzały, ale musiałem chybić. Słyszałem jak zbiega  po schodach. Nie mogłem wstać i pobiec za nim, nie mogłem się nawet ruszyć, plecy bolały mnie coraz bardziej. Ból w dolnej partii ciała zaczął wracać, intensyfikując się z minuty na minutę, odczucie gwałtu wróciło, wstrząsając mym ciałem. Włożyłem lufę do ust, myśląc w tych ostatnich chwilach mego życia o swojej pięknej córeczce. Pociągnąłem za spust. Co jest ?! Zaciął się!!? Magazynek okazał się pusty, wystrzeliłem wszystkie naboje. Turlałem się jak szalony po podłodze, waląc pistoletem w głowę, skoro nie mogłem się zastrzelić, chciałem rozgnieść swoją czaszkę, zakończyć czym prędzej swój marny żywot. W końcu ogarnęła mnie upragniona ciemność, na chwile zagłębiłem się w jej spokoju, marząc iż właśnie doświadczam swojego końca. Marzenia są piękne....

Obudziłem się w szpitalu. Nie czułem już bólu, właściwie to nie czułem zbyt wiele, byłem pozbawiony wszelkich emocji. Jak się tu znalazłem, kto mnie tu przywiózł? Nie pamiętam kompletnie nic... Musiałem dostać silne środki przeciwbólowe, czułem się ogłupiony. W sali nie leżał nikt oprócz mnie, byłem sam. Próbowałem poskładać sobie wydarzenia wczorajszej nocy, ale wnet otworzyły się drzwi i moja uwaga skupiła się na młodej lekarce, dyskutującej z towarzyszącym jej lekarzem. Wysoki, łysy mężczyzna, chudy, okrągłe okulary, poważna pociągła twarz wzbudzająca autorytet. Mężczyzna miał rękę w gipsie, kogoś mi przypominał. I wszystko się rozjaśniło, wydarzenia ostatniej nocy wróciły do mnie z prędkością światła. Usłyszałem ten konkretny, specyficzny głos, który mógł należeć tylko do niego.

- Jak on się czuje siostro?

- Nie najgorzej Panie ordynatorze.

Spojrzał na mnie mściwym wzrokiem, na kitlu widniała tabliczka z napisem: Profesor dr Olaf Kacyk. Z pewnością zauważył determinację w mych oczach, musiałem czym prędzej ujawnić jego prawdziwą tożsamość.

- To on, zboczeniec, morderca, król pedofilskiego podziemia, to on mnie tak załatwił , zabił moją córkę, policja!!! - krzyczałem zdzierając sobie gardło.

Wpadłem w szał, nie wiem co działo się potem. Nagle pojawiło się wiele głów nade mną, ostatnią rzeczą jaką usłyszałem leżąc w tej sali było:

- Spokojnie, spokojnie, zajmiemy się panem, proszę niczym nie martwić- zawisł nade mną wbijając we mnie swój jadowity, pełen okrucieństwa wzrok.

Wylądowałem w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Uznano mnie za niepoczytalnego. Diagnoza? Wstrząs psychosomatyczny na wskutek gwałtu. Doktor Olaf Kacyk okazał się osobą poza wszelkimi podejrzeniami, jako ordynator miał nieskazitelną opinię. Nic nie mogłem mu zrobić. Piszę tę historię, aby była ona świadectwem tego, że nie zwariowałem. Gdy już wypiorą mój umysł i sprawią bym uwierzył, że zmyśliłem tą całą historię, będę trzymał w ukryciu ten tekst, który przypomni mi sens mojej egzystencji, pomsty za mą ukochana córkę, moją Malwinę.

AUTOR:  Maciej Szymczak