PAWEŁ SALAMUCHA

.::DOSTĘPNE OPOWIADANIA::.

[WSTĘP]   [OPOWIEŚĆ 1: LAS]   [OPOWIEŚĆ 2: BAD BED]   [OPOWIEŚĆ 3: ZABÓJCZE KOREPETYCJE]


OPOWIEŚĆ 3: ZABÓJCZE KOREPETYCJE

 

DZIEŃ 1 - Matka

- Mamo nie! - Krzyczał przestraszony Piotrek. Był jedynym dzieckiem w rodzinie państwa Trelkowskich. W dzieciństwie lekarze stwierdzili u niego lekki niedorozwój, co w późniejszych latach zdyskwalifikowało go z udziału w powszechnej edukacji. Pobierał więc naukę indywidualnie, cztery dni w tygodniu chodził do domu panny Gładzik. Szło mu całkiem nieźle, przerabiał średnio rok szkolny w dwa lub trzy lata. Wiedział, że jest inny, ale pogodził się z tym. Jego przyjaciołom także to nie przeszkadzało, dlatego nie śmiali się z niego.  Miał już piętnaście lat, kruczoczarne włosy i trochę zadarty nos i bał się tylko jednej rzeczy na całym wielkim świecie - ciemności. 
- Giń szatański pomiocie - Nacierała oszalała matka, raz za razem tłukąc ciężką siekierą w blat stołu, pod którym chłopiec kulił się ze strachu.
- Mogłeś nabrać tych pieprzonych szarlatanów, ale nie mnie... Słyszysz bękarcie - Wrzeszczała w niebogłosy, ślina ciekła strumyczkiem z kącika jej ust.
Piotrek złapał się kurczowo nogi stołu, zamknął oczy, próbował wyobrazić sobie, że jest gdzieś indziej. Pamiętał jak kiedyś na mszy ksiądz Robert opowiadał im o niebie, o aniołach i domach z chmur. Chciałby się tam teraz znaleźć. W niebie musi być miło i przytulnie - pomyślał.
- Wypierdalaj stamtąd... słyszysz - Trochę się uspokoiła, ale nerwy nadal miała napięte.
- Wypierdalaj do piwnicy to nic ci nie zrobię - Musi znów zamknąć tego pieprzonego bękarta w komórce, dopóki jej zszargane nerwy nie ucichną. Musi go tam zamknąć dla jego własnego dobra. Co się stało z tym dzieckiem, przecież tak go dawniej pragnęła, ale nie tego... nie tego czym on jest teraz - upośledzony bękart. Kuba ojciec chłopca zmarł dwa lata po jego narodzinach, co za pech. Jej ukochany Kuba. To wszystko przez tego bękarta. On doprowadził go do grobu. On go zabił. Wiedziała to tak dobrze, jak to, że każdego ranka wstaje słońce.
Mariola była kobietą już dobrze po czterdziestce, szczupłą może nawet za bardzo jak na swój wiek. Długotrwały stres i załamanie nerwowe sprzed kilku lat poorało twarz zmarszczkami, przez co straciła resztki urody. Kiedy była dzieckiem marzyła, aby być blondynką, niestety z tego również wyszła klapa... jak z całego jej życia. Dlatego każdego tygodnia musi farbować te straszne rude włosy. Gdyby nie robiła tego regularnie - wyglądałyby jakby miała powtykane w głowę tysiące miedzianych drucików. Kolor włosów jak przypuszczała to również sprawka tego pieprzonego smarkacza. Przez niego nie ożeniła się ponownie. Gówniarz zmarnował jej życie - zaklęła do siebie. Odrzucała siekierę na bok, usiadła rozkładając ręce i zaczęła płakać nad utracona młodością i swoim zmarnowanym życiem.
Piotrek wyszedł cichutko spod stołu i pobiegł w stronę holu. Ukrył się w dużej szafie na ubrania. W środku zapalił lampkę, był wykończony, pomyślał jeszcze o komórce. Nienawidził i bał się jej. Bał się także potwora który w niej mieszkał. Wiele razy słyszał oddech, skrobanie, czuł jego obecność. Pamiętał jak kiedyś mama kazała mu zejść po ziemniaki. Zapalił wszystkie światła i głośno śpiewał. Nie lękał się wtedy tak bardzo. Cieszył się ze swojej kryjówki. - lepsze to niż piwnica - pomyślał. Wiedział, że on tam jest. Czai się w ciemności, obserwuje i z pewnością chce go zabić. Na samo myśl o tym co mogło się z nim stać drżał. Zaraz potem pogrążony we wspomnieniach i pełen obaw zasnął.
Piotrek śnił, że biegnie przez las, gałęzie zaczepiają się o koszulkę, chłoszczą twarz jego twarz. Coś go ściga, zbliża się... jest tuż za nim. Czuje "tego" oddech na plecach. Biegnie najszybciej jak tylko może, to jednak wciąż za mało, potwór i tak go dogoni. Słyszy z tyłu tętent tysięcy ciężkich kopyt, trzask łamanych gałęzi, wyrywanie drzew z korzeniami. Niespokojne dźwięki podsuwają wyobraźni myśl, że to ściga go stado rozwścieczonych słoni. Ale nie tu, nie w Polsce. Nagle drzewa przed nim stały się rzadsze, tak, że z przodu można było zobaczyć przebijające się przez ciemność nikłe światło. Zbliżał się do ściany lasu. Po kilkudziesięciu metrach z impetem wybiegł na niewielką oświetloną blaskiem księżyca polankę. Zaczął rozglądać się nerwowo na wszystkie strony, odetchnął z ulgą. "To" odeszło, nieważne czym było odeszło. Postanowił przejść się kawałek, lecz nagle się potknął, wszędzie wokół niego były potrzaskane kości. Dźwięk wrócił. Chłopiec powoli podniósł wzrok i zobaczył rozciągającą się przed nim otchłań o sto kroć gorszą niż poprzednia.

DZIEŃ 2 - Piętno diabła

- NIEEEEEE! - Krzykiem wyrwał się z koszmaru.
- Kolejny zły sen - pomyślał. Ostatnio zdarza mi się to coraz częściej. - Jaki dzień tygodnia dzisiaj mamy ? ... acha środę - pobudzony umysł szybko znalazł odpowiedz. Pogrążył się w rozmyślaniach nad swoimi dzisiejszymi obowiązkami. Teraz pójdzie pobawić się w ogrodzie, a wieczorem jest umówiony z panną Głodzik na lekcje. Sprawdził na zegarku godzinę.
Była ósma rano, to znaczy, że mama już na pewno jest w pracy. Cieszył się że już jej nie ma, bo wciąż pamiętał wczorajszy wieczór. Kiedyś bardzo kochał mamę. Zwykł codziennie rano chodzić na śniadanie do baru w którym pracowała. Jego ulubione danie to jajka na bekonie, grzanki i gorąca czekolada, a na drugie szarlotka, lub placek ze śliwkami do wyboru. Tak było kiedyś zanim mama nie zachorowała na głowę - tak jak on. Wtedy to rozpoczęły się wizyty wujka Roberta, które jeszcze bardziej pogorszyły jej stan zdrowia. To była już przeszłość. Teraz Piotrkowi muszą wystarczyć zimne tosty z wczorajszej kolacji. Życie nie było dla niego łaskawe, lecz miał plan i wiedział już co musi zrobić, dlatego wcale nie był zmartwiony. Czytał książkę "Przygody Tomka w krainie kangurów" i chciał tak jak on wybrać się w podróż do Australii. Postanowił, że jak zaczną się wakacje to ucieknie z miasteczka. Wyprawę rozpocznie od przepłynięcia jeziora i dalej przez rzekę, aż do oceanu. Dlatego bardzo przykładał się go geografii, musi wcześniej poznać kontynent, mapy i kraje. Marzył także o nauczeniu się kilku języków, ale na to miał za mało czasu. Całym sercem wierzył że mu się uda.
Zimą zmierzchało bardzo szybko, to też gdy wychodził była już szarówka. Dziwiło go dlaczego w zimie tak szybko robi się ciemno. Padał gęsty śnieg. Pojedyncze płatki tańczyły na wietrze. Ruszył drogą prosto, szedł wzdłuż domów, które chociaż trochę osłaniały go przed wichurą. Zauważył piękne wzory na oknach mijanych domów.
- To mróz je rysował - wiedział to ze szkoły. Mijał kolejne domy państwa Komorowskich, Wojtasików i Urzędowskich. Właśnie wychodził z wioski, kiedy zauważył  jakiegoś bezpańskiego pas idącego z naprzeciwka. - Biedna psinka - pomyślał.
- Chodź tu Azor... no chodź -  zawołał chłopiec. Pies odwrócił łeb w jego kierunku. Z oczodołów wyzierała na niego pustka. Piotrek przestraszył się i odskoczył. Zwierzę skręciło w pole i pognało ile sił w nogach.
- Musiałem się pomylić - powiedział do siebie, ale sam w to nie wierzył, przecież na własne oczy widział ... pustkę.
Teraz szedł wiejską drogą, zalegał na niej stary, nie udeptany śnieg który utrudniał podróż. Dróżka prowadziła lekko pod górę, na wzgórze, gdzie znajdował się dom panny Gładzik.
Przewidywał że w związku z pogodą podróż zejdzie mu dłużej, a nie lubił się spóźniać, dlatego wyszedł trochę wcześniej.
Tu za miastem zamieć wzmogła się, biały puch utrudniał widzenie, toteż nie można było jednoznacznie stwierdzić, czy idzie się jeszcze wydeptanym szlakiem czy już polami.
Po jakimś czasie zobaczył przed sobą wątłą nitkę światła, na horyzoncie zarysował się wielki kontur domu. Wydawał się olbrzymem górującym nad okolicą. Piotrek znajdujący się już znacznie bliżej, dostrzegł jarzące się z okien światło. W porównaniu do rezydencji był jak ziarnko fasoli, mały i wątły. Olbrzym zdawał się patrzeć na niego, śmiać się i drwić z jego małości. Zapraszał go.
Piotrek zapukał starą metalową kołatką, rozległ się głuchy dźwięk uderzenia o wiekowe drewno. Drzwi otwarły się, stała w nich panna Głodzik. Kobieta miała już swoje lata i nawet nie starała się tego ukrywać. Dumna i wyniosła sprawiała wrażenie oschłej i surowej. Tak też w istocie było. Jako jeden z niewielu nauczycieli w miasteczku musiała przyjąć na swoje barki ciężar edukacji młodego pokolenia Zapomnienian . W zasadzie nie lubiła dzieci, dlatego też sama nigdy ich nie miała. Wolała raczej pogłębiać swoją wiedzę, niż bawić się w rodzica. Zresztą nigdy nie przekonała się do mężczyzn, bała się ich i dlatego pomimo swoich 56 lat nadal pozostawała niewinną.
- Wejdź Piotrze - kobieta zaprosiła go do środka.
Wszedł na wielki hol z którego można było dostać się w inne części domu, także na górę. Prowadziły tam szerokie rozwidlające się na półpiętrze schody, na których spoczywał czerwony dywan. Nigdy jednak nie zwiedzał domu, nawet więcej, miał zakaz. Kiedy pierwszy raz się tu zjawił pani Głodzik poinstruowała go o zasadach w nim panujących. Żadnego węszenia po pokojach, chyba, że będziesz musiał iść do toalety, ale ona znajdowała się naprzeciwko pokoju w którym się uczyli. Mówiła także, aby nie zadawał jej żadnych pytań odnośnie domu. Wyjaśnił mu, że jest to bardzo stara rezydencja, która należała od pokoleń do założycieli miasta- rodziny Zapomnieniewiczów. A znalazła się w jej posiadaniu poprzez znajomość ostatniego żyjącego członka tej rodziny, którego miała zaszczyt poznać, ale który niestety już dawno zmarł. Przekazał jej dom na dowód swojej wdzięczności, za to, że zajmowała się nim kiedy zachorował i dotrzymywała mu towarzystwa do ostatniego dnia jego życia.
Rezydencja była zimna i mroczna. Powietrze wewnątrz pozostawało nieświeże pachnące stęchlizną, czuć, że dawno nikt tam nie wietrzył. Panna Głodzik nie używała światła elektrycznego, toteż wszystko zatopione było w mroku. Górną lampę zapalała jedynie kiedy się uczyli. Piotrek bał się domu, powodów było wiele, ale głównym stała się chyba ciemność i te dziwne wrażenie, że stary gmach obserwuje go, ba nawet zna jego myśli. Wszystko co się tam znajdowało przesycone było czymś niepokojącym, jakąś mroczną tajemnicą.
- Idź do kuchni chłopcze, zaraz zrobię ci gorącą herbatę - powiedziała z wyższością w głosie staruszka. - Przecież nie mogę pozwolić, abyś się zaziębił - dodała. Ruszyli korytarzem do kuchni znajdującej się we wschodnim skrzydle budynku.
Po dziesięciu minutach, Piotrek trzymał już w dłoniach kubek parującego napoju.
- Pij chłopcze zanim ostygnie - ponaglała go panna Głodzik. Na jej twarzy rysowało się zniecierpliwienie. Tak jakby na coś czekała, co miało się stać już zaraz. Upił zaledwie pięć może sześć łyków, kiedy zawirowało mu w głowie. Wzrok stał się mętny, kształty zaczęły tracić formę. Wszystko stało się płynne, wirowało w jakimś dziwnym nieznanym mu tańcu. Piotrek wstał od stołu.
- Coo miii jjjjeeeeeeeeessssssss... - upadł na podłogę. Świat powoli stał się czarny, zamknął oczy i stracił przytomność.
Znowu znajduje się w swoim śnie, ale tym razem Piotrek wie, że to nie on jest bohaterem. Stoi jakby z boku, widzi biegnącą postać. Coś ściga uciekającego mężczyznę. Porusza się równolegle do niego, ale nie używa siły. Jest tam obecny tylko duchem, jakby oglądał film. Postać biegnie w znaną mu stronę - ku niewielkiej polance. Piotrek próbuje krzyczeć, chce ostrzec mężczyznę przed znajdującym się tam koszmarem. Ten jednak nie może go usłyszeć i biegnie dalej.
- Obudź się! plask!
- OBUDŹ SIĘ !
Ktoś krzyczy, skołowany jeszcze chłopiec przeciera oczy. Jest zimno drży na całym ciele. Jego ręce są przemarznięte do szpiku kości. To panna Godzik wrzeszczy na niego, każe mu wstać. Dlaczego... ona bije go po twarzy, raz za razem trafiając w czerwone od mrozu policzki. Zaczął zdawać sobie sprawę dlaczego nie może się poruszyć. Ma ręce związane za plecami sznurkiem i leży na płaskim kamieniu. Rozejrzał się.- O boże znał to miejsce to "drzewo wisielców" - przestraszony nie mógł zrozumieć dlaczego się tu znajduje. Co robi panna Głodzik.
Kobieta pochylała się nad odręcznie narysowanym znakiem. Wokół kamienia na którym leżał Piotrek, w równych odstępach płonęły czarne świece. Starucha mamrotała coś pod nosem, przypominało to modlitwy jakich uczył w kościele ksiądz Robert. Ale te były bardziej straszne, nie rozpoznawał języka w jakim były wypowiadane.
Nagle coś zaczęło pojawiać się na drzewie, jakieś dziwne jaskrawe światło. Mgła spowiła koronę wyschniętego dębu. Światło zmieniło się w czarną dziurę - jakby cały mrok skondensował się w tym właśnie miejscu - pomyślał, że to nie może dziać się naprawdę. To tylko sen... Teraz go sobie przypomniał, tam na polanie stało się to samo.
- NIE ! NIE ! Proszę mnie zostawić - Krzyczał jak oszalały, ale staruszka nawet nie zwracała na niego uwagi.
Wtedy ujrzał "to". Najpierw pojawiły się nogi, później tułów, ręce i głowa. Z ciasnej dziury wyłaniali się wisielcy. Demony zrodzone z piekielnych czeluści, odnalazły dzięki swoim gorliwym wyznawcą drogę do życia.
Panna Głodzik zanosiła się histerycznym śmiechem, widać było, że długo to planowała. Była z siebie naprawdę dumna. Pan ją sowicie wynagrodzi w następnym życiu. Ale teraz ofiara musi zginąć. - Bierzcie go! - rozkazała swoim rozkładającym się sługom.
Piotrek próbował odplątać supły. Potrafił to, mama często związywała go i wrzucała do komórki. Lecz on był sprytny. Przez wiele lat nauczył się uwalniać z każdych więzów. Robił to niczym sam Houdini.
Kiedy potwór już miał go sięgnąć swoja kościstą dłonią, odkręcił się na bok i uskoczył. Biegł ile sił w nogach kierując się na wschód.
Czarownica była wściekła, jej misternie uknuty plan spełzł na niczym. - Gońcie go śmierdziele! - Wrzeszczała się na całe gardło. Nie wiedziała jednak, że raz wezwane demony nie odejdą póki nie dostaną obiecanej ofiary. Dla nich nie było różnicy. Ciało i krew, wszystko jedno czyja - ofiary, czy wyznawcy musi zostać im poświęcona.
Do uszu Piotrka, z daleka doleciał przeraźliwy pisk panny Głodzik. Wiedział, że może to oznaczać tylko jedno. Staruszka jest martwa, nie współczuł jej, ale wiedział, że nie chciałby za nic w świecie podzielić jej losu. Jej agonalny krzyk rozpaczy odbijający się echem w jego głowie wyrażał wszystko - ból, cierpienie, strach i lęk. Chłopiec nadal biegł i nie miał zamiaru się zatrzymywać, minął kilka żywopłotów, znajdował się już na polach. Wtedy usłyszał głos.
- Witaj Piotrze - było to ciepłe i miłe powitanie. Chłopcu wyostrzyły się wszystkie zmysły.
- Nie bój się, nie skrzywdzę cię, chcę abyśmy zostali przyjaciółmi. Chcesz tego? - Głos hipnotyzował Piotrka, czuł do kogo on należy, ale nie lękał się. Pan znał jego potrzeby. Obiecał mu bezpieczeństwo.
- Już nigdy nie będziesz musiał się bał - szeptał do jego ucha.