ROBERT CICHOWLAS



SMAK PIEKŁA

 

- Czy kiedykolwiek słyszałeś o dziecięciu przykazaniach?

   Tak

- Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się nad tym, jakie mają znaczenie?

   Nie

- Zawiodłam się na tobie, wiesz? Nie sądziłam, że będziesz zdolny do takich czynów... - głos Marty nagle zadrżał. W jej oczach zabłysła wypełniona niepokojem łza.

   Zdawała sobie sprawę, że sposób, w jaki rozmawia z synem jest jedyną szansą na jego ocalenie. Musiała się na to zgodzić, musiała spróbować, pomimo, iż z trudem pojmowała oblicze sytuacji, przed którą stanęła.

   Mężczyzna siedzący obok niej kiwnął nieznacznie głową na znak, aby kontynuowała. Wiedziała jak postępować. Zostało jej to dokładnie wyjaśnione. Zdawała sobie również sprawę z konsekwencji, które mogły wyniknąć z jej działania, oraz z tego, że prawdopodobnie nikt nigdy nie znajdował się w podobnej sytuacji, co ona.

- Miałeś nie mieć bogów cudzych przed Stwórcą. Miałeś nie brać imienia Pana, Boga swego jedynego, nadaremnie. Brałeś.

   Tak

- Dzień święty. Miałeś święcić dzień święty.

   Święcić dzień święty

- Właśnie. Święcić. Nie szanowałeś mnie, mimo, iż tak chciał nasz Stwórca.

   Nie

   Pierwsza łza spłynęła po policzku Marty. Starła ja szybkim ruchem ręki, po czym powiedziała głośno:

- Zabiłeś swojego ojca, Edwardzie...

   Kiedy sobie przypomniała tamte chwile, żołądek podszedł jej do gardła i jęknęła cichutko, a potem rozpłakała się.

- Marto - rzekł siedzący obok niej mężczyzna. Miał potargane włosy i masywny, czerwony nos. Z czterodniowym zarostem wyglądał jak zmaltretowany pijaczyna, gotowy, aby zapaść w wielogodzinny sen.

- Tak, wiem - odparła - Jestem silna, ale czuję, że on jest silniejszy.

   Mężczyzna nie odpowiedział. Gestem ręki nakazał jej, aby kontynuowała.

   - Złamałeś wszystkie z przykazań. Wiesz o tym?

   Tak

- Zgrzeszyłeś.

   Wiem o tym, mamo.

- Dlatego teraz jest ci tak źle, pokutujesz.

   Boli. Tak bardzo boli! Smak...

- Edwardzie...

   Smak piekła jest taki straszny...

   Marta zamknęła oczy, z trudem panując nad emocjami. Miała chęć krzyczeć, uderzyć pięścią w stół i rozpłakać się. Nie widziała go, a jednak czuła obecność chłopca. Zdawało jej się, że traci zmysły. Czuła jego cierpienia.

- On jest obok, Marto - rzekł mężczyzna.

- Jest tak daleko - zawodziła Marta, zginając się w pół, z trudem powstrzymując od zwymiotowania.

- Jest tutaj...

- Dlaczego? Dlaczego to zrobił?

   Przed oczami Marty stanęły artykuły z gazet, które czytała krótko po śmierci męża:

   "Piętnastolatek zabija swojego ojca..."

   "Chłopiec, który brutalnie morduje ojca, popełnia samobójstwo..."

   "Piętnastoletni chłopiec wiesza się tuż po zamordowaniu swojego ojca...".

   Uderzyła pięścią w drewnianą tabliczkę Ouija, po czym krzyknęła. A potem zaszlochała.

   Mężczyzna wstał z krzesła, następnie złożył tabliczkę i schował ją do czarnej skórzanej walizki.

- Udało nam się z nim skontaktować. Przemówił przez tablicę. Zatem jest - rzekł.

- Jest w piekle! - krzyknęła Marta - Mój syn jest w piekle!

   Szlochała długo i głośno, co chwila nabierając w płuca powietrza. Później łkała. Po jej policzkach spływały łzy, a blond włosy opadały na wysokie czoło.

   Dwa dni później ponownie spotkała się z mężczyzną. Miał na sobie sportową marynarkę i czarne dżinsy. Jego zaczesane do tyłu włosy miały zakryć nieznaczna łysinę i lśniły od nadmiernej ilości wosku.

- Dziesięć przykazań. Chciałeś, abym w oparciu o nie, zadawała mu pytania o to, co się wydarzyło. Mówiłeś, że chłopiec okaże skruchę i że Bóg to zobaczy. Edward nie okazał jednak skruchy. Nie okazał wyrzutów sumienia, jakby w ogóle nie żałował, że popełnił zbrodnię!

   Marta wyglądała na wyczerpaną, była na środkach uspokajających, a jedyne o czym marzyła, to rzucić się z mostu. Gdyby tylko miała tyle odwagi. Gdyby tylko potrafiła. Tak naprawdę bała się brać nawet środki uspokajające. Miała obawy, że przedawkuje. Lękała się śmierci i czuła pogardę do siebie. Pogardę zrodzoną z przerażenia, którego nie umiała pokonać. Już dawno powinna leżeć w grobie, tuż obok nich...

- Przebywa w miejscu, które może zniszczyć go jeszcze bardziej. Stwórca go wyklął. Chłopiec jest zagubiony - powiedział mężczyzna.

- Musi być sposób na to, aby zabrał go do siebie. Mój syn cierpi, tak bardzo. Musi w końcu zaznać spokoju!

- Zapewne zasłużył na cierpienia - mówił cichym głosem mężczyzna - Nasz Pan jest litościwy, nie pozwoliłby mu znosić katuszy, gdyby na to nie zasłużył. Przepraszam, że o tym wspominam, ale należy o tym pamiętać.

   Marta zdawała się być gdzieś daleko. Patrzyła na mężczyznę jak zahipnotyzowana, nie mogąc wykrztusić ani słowa.

- Czyli co to oznacza? - wyjąkała - Co próbujesz mi oznajmić? Że to koniec? Że nic nie da się zrobić i że mój syn na zawsze już pozostanie w piekle?

   Mężczyzna spuścił nisko głowę.

   Kiedy wróciła do domu, ponownie zapłakała. wiedziała już, co musi uczynić, aby ponownie zobaczyć Edwarda. Skoro nie mógł zaznać spokoju, ona dołączy do niego i wesprze go. Będzie przy nim, przy swoim małym chłopcu.

   Udała się do kuchni, zatrzymała przed szufladą ze sztućcami i przymknęła na moment oczy. Wyobraziła sobie swojego syna, pomiatanego i samotnego. W jej głowie utworzył się obraz, w którym Edward cierpi katusze, błagając o litość. Jęk i krzyk rozpaczy roznosił się we wnętrzu głowy Marty.

   Wyjęła z szuflady ostry kuchenny nóż, po czym podwinęła rękaw koszuli. Musiała to zrobić, dla niego. Potrzebował jej bliskości. Na pewno żałował swoich grzechów, żałował postępków, których się dopuścił. Bóg postanowił go jej odebrać, bo sądził, że jest zbyt słaba, aby sobie poradzić z koszmarami, które się wydarzyły i które były jeszcze przed nią. Być może trafnie ocenił sytuację, może rzeczywiście potrafił przejrzeć jej myśli i stwierdzić, że nie podoła, że nie wytrzyma dłużej? Musiał mieć pewność, że Edward znowu coś uknuje. Nie chciała w to wierzyć, nie dopuszczała do siebie takich myśli. Nic nie wiedziała na pewno. On wiedział.

   I pewnie miał rację. Pewnie Edward znowu zrobiłby coś bardzo, bardzo złego...

   Niemniej teraz musiała mu pomóc. Tak bardzo go kochała, tak bardzo. Z trudem powstrzymywała się od uderzenia pięścią w ścianę, od wybuchnięcia płaczem. Musiała być dzielna dla niego.

   Zbliżyła ostrze noża do nadgarstka, a potem dotknęła nim swojej skóry. Był zimny i postrzępiony za sprawą wielokrotnego ostrzenia. Pamiętała, jak ostrzył go jej mąż. Jej ukochany Zbigniew, który zawsze troszczył się o nią i zapewniał jej życie w dostatku. Myślała o nim; o jego dużych dłoniach, pociągłej, wiecznie rozpromienionej twarzy, o tym, jak mówi, że jest jego największym szczęściem.

   Drżał jej podbródek, a szklane oczy wyglądały tak, jakby miały za moment eksplodować, a z pustych oczodołów miało wylać się całe morze łez.

   Mijały kolejne minuty, podczas których Marta usiłowała zdobyć się na odwagę i przeciąć żyłę. Czuła, że nie potrafi, że każda molekuła ciała odmawia jej posłuszeństwa. Bardzo pragnęła to zrobić, ale coś wewnątrz niej kazało natychmiast zwolnić uścisk z rękojeści noża. Zacisnęła usta, a potem krzyknęła. Kropelki potu wymieszały się z łzami i spływały z twarzy Marty, jakby była wykonana z wosku i ktoś przyłożył do niej płonąca pochodnię.

   Nóż wypadł jej z dłoni i znalazł się na podłodze.

   Uderzyła dłonią o blat stołu, czując złość i rozpacz. Następnie wykrzyknęła imię swojego syna jakby w nadziei, że zaraz pojawi się i ją przytuli.

   Nigdy tego nie czynił; nie tulił się do niej. Nigdy nie mówił, aby była spokojna.

   Tym razem również...
 

   Mężczyzna stanął naprzeciwko niej i wbił wzrok w podłogę.

- Jesteś gotowa, aby do niego dołączyć? - zapytał półszeptem.

- Tak - odparła, dostrzegając, jak wyciąga pistolet i jak wypełnia magazynek nabojami.

- Jesteś pewna, że zdobędziesz się na odwagę?

   Milczała przez chwilę, walcząc z lękiem i kłębowiskiem myśli, które nakazywały jej ucieczkę. W niewielkim pomieszczeniu płonęła świeca, rzucając groteskowe cienie na szare, odrapane ściany.

   Marta z trudem przełknęła ślinę, po czym gwałtownie skinęła głową:

- Tak, jestem pewna, że tym razem pokonam strach - wymamrotała.

   Mężczyzna wręczył jej pistolet. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Nie mrugnął nawet okiem, kiedy palec kobiety dotknął cyngla.

   Posłała mu krótkie spojrzenie, po którym cofnął się o krok i obrócił głowę.

- Co się stało? - zapytała cicho.

   Płomień świecy przechylał się na boki, potem zaczął podskakiwać, jakby parzył go knot, na którym się utrzymywał.

- Nie mam pewności, czy naprawdę jesteś gotowa - odparł.

   Kobieta nie odezwała się. Szybkim ruchem ręki przyłożyła sobie pistolet do skroni i ostatni raz spojrzała na mężczyznę.

- Jestem - powiedziała - I dziękuję, że to dla mnie robisz.

   Wiedziała, że był w stanie oddać jej wszystko co miał. Zdawała sobie sprawę, jaką krzywdę mu wyrządzi odchodząc. Pomimo to, zgodził się, aby jej pomóc. Mężczyzna był świadomy, jak bardzo Marta kocha Edwarda i jak bardzo go potrzebuje. Był świadomy również tego, że kocha go bardziej od niego. Nie potrafił jej odmówić spotkania z synem.

- Zdajesz sobie sprawę, dokąd się udajesz, prawda? - zapytał i wtedy w jego oku zabłysła łza. Kiedy zaczęła spływać po policzku, starł ją wierzchem dłoni.

- Wiem dokąd - powiedziała Marta - Muszę do niego pójść i być z nim, nieważne gdzie jest. 

   Mężczyzna nie odezwał się.

- Dziękuję za wszystko - dodała Marta, przyciskając lufę pistoletu mocno do skroni - Jesteś wspaniałym ojcem.

   A potem pociągnęła za cyngiel.

   Oślepiła ją jasność.

   Wyciągnęła obie ręce daleko przed siebie, czując ciepły dotyk potężnych dłoni. Z początku nie wiedziała do kogo należą. Przez krótką chwilę była pewna, że to Edward - jej jedyny syn przyszedł ją przywitać.

   Światło było tak jasne, że nie mogła niczego dostrzec. Usiłowała otworzyć oczy, ale nie potrafiła. Nie czuła powiek. Nie czuła własnego ciała, jedynie ciepło i odprężenie, które powodowało, że pragnęła się uśmiechać i cieszyć chwilą obecną.

   Wiedziała, że musi odnaleźć Edwarda. Zastanawiała się, czy jest gdzieś w pobliżu, czy go zobaczy i będzie potrafiła mu pomóc. 

   Ktoś dotknął jej ramienia. Poczuła przyjemne ciepło. Zdawało jej się, że cała jest z gąbki, a czyjeś dłonie zatapiają się w jej miękkim ciele.

- Marto - usłyszała szept. Poznała do kogo należał.

- Zbyszek - jęknęła, chcąc rozpłakać się ze szczęścia. Nie potrafiła jednak wydobyć z siebie ani jednej łzy.

   Światło stawało się mniej intensywne, albo to jej oczy zaczynały się do niego przyzwyczajać.

   Jak przez mgłę dostrzegła promienną twarz swojego męża, który uśmiechał się do niej, wyciągając obie ręce przed siebie, jakby chciał ją mocno do siebie przytulić.

- Kochanie - wyszeptała, a potem zbliżyła się do niego i zapytała wprost - A Edward? Dlaczego go tu nie ma?

- Marto - powiedział Zbigniew. Jego twarz nieco spoważniała, lecz cały czas sprawiał wrażenie szczęśliwego - Uczynił wiele złego. Zbyt wiele.

- Czy Bóg nie może mu wybaczyć?

- Bóg już mu wybaczył.

- W takim razie dlaczego? Dlaczego ja mogę być tutaj, a on nie?

   Wyczekiwała odpowiedzi. Zdawało jej się, że mijają długie chwile, ale nie usłyszała już ani słowa. Chciała ponowić pytanie, powiedzieć cokolwiek, lecz nie potrafiła wydobyć z siebie głosu.

   Światło wciąż ją oślepiało, ale nie na tyle, by nie mogła dostrzec jego twarzy.

   Widziała jego potargane włosy, długi, prosty nos, który odziedziczył po ojcu, oraz chude ręce i nogi.

   Edward uśmiechał się do niej. Był niemal na wyciągnięcie ręki, a jednak nie mogła go dotknąć. Znajdował się zupełnie gdzie indziej; tam, gdzie żadne światło nie było w stanie nikogo ogrzać, tam, gdzie wszystkie grzechy skupiały się w jednym miejscu, tam, gdzie zarówno ona, jak i Zbigniew nigdy nie będą mieli prawa się znaleźć.

   Był w piekle.       

AUTOR:  Robert Cichowlas