KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI



TAM GDZIE GASNĄ ŚWIATŁA

 

   Tego się nie spodziewali, już prędzej że ujrzą Boga, ale to po prostu przekraczało ich zdolności pojmowania... nagle wszystkie teorie dotyczące wszechświatów równoległych znalazły swoje logiczne uzasadnienie, wszystkie tezy mówiące o tym, że ginący kosmos jest zastępowany przez nowy też okazały się prawdziwe! Kapitan Hans Olo obejrzał się na załogę wszyscy byli poruszeni, nie dowierzali własnym oczom. Nikt nie spodziewał się że ujrzy...

----------------------------------

Czy przodkowie mieli moralne prawo by decydować za przyszłe pokolenia? Czy misja usprawiedliwiała fakt, że Ziemia stała się dla nich niemalże mitem, starym, zakurzonym, który trzeba znać właściwie tylko z obowiązku? Manta Saria, ogromny statek kosmiczny przemierzał przestrzeń już od ponad trzech tysięcy lat by dokonać czegoś, co kiedyś byłoby uważane za czyste szaleństwo. Odkąd wieki temu naukowcy udowodnili, iż wszechświat w pewnym miejscu sie kończy. Kiedy kolejnych parę wieków później dowiedziono, że ów kraniec jest zbudowany z materii, jakby ktoś specjalnie otoczył go wielkim murem, uznano, że sprawą najwyższej wagi będzię sprawdzenie, co się za nim kryje. Niektórzy nawet żartobliwie ochrzcili tą wyprawę mianem "odkryć boga" - wkrótce się okaże czy żarty nie były prorocze.

Mijali wiele egzotycznych galaktyk. Gdy tylko którąś rokowała nadzieję, na to że może istnieć tam życie lub choćby planeta, którą możnaby zasiedlić, natychmiast wysyłali sondy badawcze. Mimo braku sukcesów mogli sobie na ta rozrzutność pozwolić gdyż dzięki dobrodziejstwom nanotechnologii owe pojazdy zbudowane były z zaledwie kilku tysięcy atomów. Trzy tysiąclecia przemierzania czarnej pustki. Ponad dwadzieścia pokoleń znających Ziemię jedynie z podręczników - czasami zadawał sobie pytanie czy to wszystko ma sens; czy nie zmierzają przypadkiem ku własnej zgubie? Czy maja prawo spojrzeć w twarz Boga? Udowodnić istnienie Najwyższego, jeśli naprawdę tam jest. Hans Olo od pięćdziesięciu dziewięciu lat przewodził wyprawie i nie było symulantu dnia by nie dręczyły go te pytania. Pytania bez odpowiedzi.

Najważniejsza w dziejach ludzkości ekapada została zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach. W fazie przygotowań najtwardszym orzechem do zgryzienia była kwestia produkcji pożywienia. Aby załoga nie pomarła z głodu musieliby mieć, ze sto razy większą od statku, ładownię pełną żywności. Upłynęło kilka lat, nim wynaleziono generator cząsteczkowy i jednocześnie uratowano cały projekt. Urządzenie przerabiało odpadki na atomy, z których mogło potem skonstruować dowolną rzecz, pożywienie a nawet napój. Wybawienie i przekleństwo w jednym. Przekleństwo, bo nic nie mogło się zmarnować - nawet zmarłych i odchody muszą rozbijać na atomy(a potem jeść w postaci wygenerowanego pokarmu), nigdy nie poznają smaku prawdziwego ziemskiego jedzenia, soczystych owoców, krwistych steków. Wszystko co wyprodukowali miało podobny, lekko tekturowy posmak. Zmarli przerabiani na pokarm - mimo iż spędził tu całe życie, mimo tego, że nie znał innego jedzenia, ta myśl wzbudzała w nim jakieś niedookreślone pierwotne uczucie obrzydzenia i grozy. Fakt, że jego organizm przetrawia przerobione odchody jeszcze jakoś dawało się znieść, ale to że być może któregoś dnia spożył rodziców, matkę, ojca...

Nie mniej problemów nastręczała kwestia napędu. To że światła nie da się prześcignąć było sprawa bezdyskusyjną jednakże dzięki wykorzystaniu antymaterii jako paliwa i wynalezieniu nowych niesamowicie odpornych na uszkodzenia materiałów, udało się ostatecznie osiągnąć podświetlaną, nieznacznie tylko mniejszą od prędkości fotonów. Mimo tych niezaprzeczalnych sukcesów naukowcy wciąż załamywali ręce... statek musiałby lecieć ponad milion lat, by dotrzeć do punktu docelowego. Przygotowania utknęły w martwym punkcie na dziesięć lat. Z każdym dniem mniej ludzi wierzyło w to, że wszystko zakończy się sukcesem. Pojawiały się nawet głosy oburzenia iż budżet planetarny wydał na całe przedsięwzięcie aż czterysta sześćdziesiąt miliardów eurolarów, które oczywiście najbardziej obciążyły najuboższych podatników, których gówno obchodzą jakieś tam wyprawy. Pewnej, nasiąkniętej atmosferą rezygnacji, nocy jeden z młodziutkich stażem astrofizyków zerwał się z łóżka i do rana niemalże z szaleństwem w oczach wyliczał wzory, które wyśnił. Powstała teoria synchronizacji zakrzywień czasoprzestrzennych. Najprościej rzecz ujmując ów młodzik przyczynił się do stworzenia "mapy drogowej" wszechświata i wytyczenia "autostrad" krzywizn czasoprzestrzennych... w praktyce oznaczało to iż dotarcie do punktu docelowego zajmie ludzkości prawie trzy tysiące lat; a to już było do zaakceptowania. Gdy budowa statku była już na ukończeniu zgromadzono najtęższe umysły obu płci. Spośród nich wyselekcjonowano pięć tysięcy ochotników, z czego jedną połowę stanowili mężczyźni a drugą kobiety. Wybrańcy musieli zaakceptować tylko jeden warunek - mieli się dobrać w pary, każda miała spłodzić dwójkę dzieci - chłopca i dziewczynkę. Następne pokolenia nie miały już żadnego wyboru. Musieli dobierać partnerów i parnerki z tych co byli na statku. A ponieważ liczba populacji musiała być stała skazani byli na oczekiwanie na pierwszego potomka. Skazani, ponieważ dopiero gdy ktoś umarł, ktoś inny mógł zostać poczęty...

Nastał dzień zerowy. Dla pięciu tysięcy śmiałków rozpoczęło się nowe liczenie czasu. Tak jak kiedyś początek wyznaczały narodziny Chrystusa, tak teraz ich początkiem było oderwanie się od orbity ziemskiej. Wybrańcy ludzkości na dobrowolnym zesłaniu. Poświęcenie, o którym niezależnie od wyników po wsze czasy będą uczyć w szkołach. Hans często zastanawiał się jak teraz wygląda macierzysta planeta. Nigdy na niej nie był. Narodził się wśród gwiazd a nie na odległej, błękitnej planecie ale czuł do niej dziwną tęsknotę, jakby gdzieś głęboko w genach zakodowano mu poczucie więzi z tą pierwotną matką ludzkości. Fakt faktem otrzymywali przekazy wiązka informacyjną lecz były zniekształcone na skutek oddziaływania różnorakich promieniowań i krzywizn czasoprzestrzennych. Poza tym były niestety nieaktualne. Najświeższe wiadomości miały prawie dwa tysiące lat. Problemu komunikacji przy takich odległościach chyba nikt nigdy nie rozwiąże. Lepsze to niż nic. Ziemia mogłaby w tym momencie już nie istnieć a oni dowiedzieli by się o tym dopiero za kolejne dwa tysiąclecia. Zapewne nie on jeden miewał takie stany. Cała obecna załoga narodziła się na statku, w kosmosie. Umrą również najpewniej w tej czarnej głuszy. Lecz każdy obowiązkowo musiał poznać kulturę, historię, geografię i przyrodę planety przodków. A to wszystko tylko po to by móc nauczać kolejne pokolenia. By pamięć o tym miejscu nie zaginęła. Kiedyś przecież wrócą tam ich potomkowie. Im dłużej lecieli, tym więcej rodziło się teorii spiskowych. Ktoś stwierdził, że są uciekinierami, że błękitna planeta została napadnięta przez obcych. Ktoś inny, że nie ma dokąd wracać z powodu kolizji macierzy z ogromnym meteorytem. Ktoś nawet wymyślił takie kuriozum że niby Ziemia nie istnieje i nigdy nie istniała... że statek był od zawsze, od zarania dziejów! Włos się na głowie jeży. Najlepsze, starannie wyselekcjonowane geny, potomkowie geniuszy i takie brednie legną się w co poniektórych głowach. Jak dobrze, że są już prawie u celu.

Z zamyślenia został wyrwany przez gwałtowny wstrząs i głośny pulsujący basowe dudnienie. Hamowali. Po raz pierwszy od kilku lat wytracali prędkość. Dotarli do celu! Byli już w odległości zaledwie kilkuset kilometrów od "końca wszechświata". Zwolniono do czterystu - za półtorej godziny przyjdzie im się zmierzyć z nieznanym. Czujniki wariowały, piskliwie alarmując załogę o wielkiej materialnej przeszkodzie. Hans uznał, że trzeba je wyłączyć; potrzebna będzie cisza i skupienie. Nadeszła wiekopomna chwila - nie mogą sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Manta Saria sunęła niewzruszenie ku swemu przeznaczeniu, zostawiając za sobą roziskrzoną biliardami galaktyk przestrzeń, zmierzając ku idealnej czerni. Siły porządkowe i brygady ratownicze postawione zostały w stan najwyższej gotowości. Oddziały komadosów, na wszelki wypadek, zajmowały pozycje przy blasterach i pojazdach bojowych. Na każdym z poziomów panował niesamowity tumult. Ludzie tłoczyli się przed ogromnymi ekranami mającymi transmitować całą akcję i przemowę głównodowodzącego. Na ich twarzach malowały się przeróżne uczucia, od strachu po ekscytację - może to ostatnie chwile ich życia a może otrzymali właśnie przepustkę do nowego, lepszego świata...

Hans Olo przez prawie całe życie przygotowywał się do tej chwili, wiele raz ją sobie wyobrażał, nawet w snach go czasami nawiedzała. Gdy nastała, nie potrafił opanować emocji; glos drżał, serce łomotało, pot spływał obfitymi strumieniami po siwych skroniach. Załoga zdecydowanie nie powinna oglądać go w takim stanie. Postanowił wysłać swego zastępcę by odczytał w jego imieniu przemowę. Teraz najważniejszym zadaniem było porównywanie ze sobą najświeższych danych. Byli już na tyle blisko owej bariery iż mogli sobie pozwolić na jej dogłębną analizę. Naukowcy krzątali się gorączkowo wokół urządzeń badawczych i przeglądali setki wydruków. Jeszcze dziesięć. Góra piętnaście minut i zwoła wszystkich do szczegółowego raportu. Odbędzie się prawdziwa burza mózgów. Statek zatrzymał się w odległości kilometra od krańca. Wystrzelono miniaturową nanosonde badawczą. Mknęła z zawrotną szybkością by wyhamować gwałtownie zaledwie metr od nieznanej materii. Natychmiast zaczęła transmitować szczegółowe dane zarejestrowane przez czujniki. Jednocześnie szykowała się do przeniknięcia przez szczeliny międzycząsteczkowe bariery.

To nie była burza mózgów... to było istne tornado. Ostatecznie o dalszych poczynaniach miały rozstrzygnąć informacje, które nanosonda miała przesłać po przeniknięciu na drugą stronę. Wszyscy w skupieniu wpatrywali się w ekrany transmisyjne. Początkowo panowały nieprzeniknione ciemności z czasem zaczęło się robić coraz jaśniej. W końcu ujrzeli oślepiającą biel. Komputery zaczęły wypluwać nowe porcje danych. Jeden z naukowców podbiegł do Hansa ściskając wydruk, jakby był czekiem na milion eurolarów. Z nadmiaru emocji, przez trwającą wieczność chwilę, nie mógł wydobyć z siebie głosu. W końcu wykrzyknął drżącym głosem:

- Tam jest atmosfera!

Analizy i gorące dyskusje trwały kilka godzin. Ostatecznie postanowiono iż trzeba przelecieć na drugą stronę. Fakt - ryzyko, że stanie się cos nieprzewidzianego, było ogromne ale nie po to tyle pokoleń dokonało żywota z dala od Ziemi by teraz tchórzliwie się wycofali. Ze względu na istniejącą pod tamtej stronie atmosferę postanowiono otoczyć Manta Sarię bańka plazmy z ciemnej materii. Gdy tylko ów twór przylepił się do bariery, zaczęli się przewiercać przez kraniec. W miejscu przelotu wygenerowana została pętla czasoprzestrzenna aby nie było ryzyka, że coś z tamtego świata, przeniknie tam gdzie nie powinno. Nawet jakby trochę atmosfery przedostało się przez klaster, dostanie się do pętli i ugrzęźnie tam na zawsze nie czyniąc żadnych szkód. Po kilku, pełnych napięcia, godzinach wlecieli wreszcie do nieznanego świata. Większość kamer została momentalnie skierowana na barierę, by można było zobaczyć jak wygląda z drugiej strony - była jasnoróżowa, bardzo chropowata i...

-------------------------------------------

...i zaczęła się błyskawicznie oddalać, z prędkością tak niewiarygodną, że sprzęt badawczy zaprotestował z powodu braku skali. Nikt nie miał odwagi by choćby drgnąć. Wszyscy zastygli, w niemym przerażeniu, w bezruchu. Tego się nie spodziewali, już prędzej, że ujrzą Boga, ale to po prostu przekraczało ich zdolności pojmowania... nagle wszystkie teorie dotyczące wszechświatów równoległych znalazły swoje logiczne uzasadnienie,