DANIEL PODOLAK



UKOCHANA, UTRACONA

 

Do Charlesa Baudelaire’a

Ulice były puste, jedynie wiatr i smród zgnilizny maszerował wzdłuż bruku. Wszystkie okiennice pobliskich domów były szczelnie pozamykane, jedynie blask świec dało się dojrzeć przez okna, co poniektórych chałup. Szedłem samotnie spoglądając tępo pod nogi, to na osobliwą architekturę miasteczka. Po brudnych uliczkach, wiatr zapraszał do tańca wszystkie opadłe już liście i śmieci zaś smród stęchlizny, i plwocin zmieszany z piżmem dochodził zza zamkniętych drewnianych drzwi przydrożnej knajpki. Zapach był nie do zniesienia, jakby z wnętrza prastarej krypty lub jeszcze gorszy, obszedłem szerokim łukiem to podejrzane miejsce. Po krótkim marszu przez miasteczko, me przemęczone oczy ujrzały rozwarte drzwi, starego i zapuszczonego domu. Z wybitych okien straszyła ciemność, a roślinność, która oplatała chatę kompletnie nie pasowała do tego chylącego się już ku ruinie domu. Na nadgryzionym przez ząb czasu dachu zasiadało czarne ptactwo, kracząc na mnie niczym na nieproszonego gościa, zdawały się ulecieć wprost z najgłębszych kręgów piekieł na wieczorną posiaduwę, wśród tego zapomnianego przez Boga miejsca. Gdy przystąpiłem próg tej kruszącej się ze starości i zaniedbania budowy, zawołałem na powitanie właścicieli lokum. Na me wołanie odpowiadała martwa cisza, wewnątrz dom prezentował się jeszcze gorzej niż na zewnątrz, opalona tapeta odchodziła od starych pożółkłych ścian. Brud, kurz i pajęczyny na meblach i ścianach zdawały się trwać dłużej niż moja beznadziejna egzystencja na tej ziemi. Gdy poczynałem kolejne kroki ku schodom, podłoga wydawała przeciągłe i niemiłe dla ucha skrzypienie. W domu woń starości i smutku unosiła się majestatycznie na wszystkim czego przez przypadek dotknęły moje dłonie. Gdy dotarłem do pokoju na górze wiedziony, jakby przeczuciem bądź instynktem ujrzałem zaścielone białym zwiewnym materiałem łoże, a na nim piękną, młodą kobietę. Jej oblicze wydawało mi się znajome, jakbym ją już gdzieś wcześniej ujrzał, w łagodny sposób przymknięte powieki o zaskakująco długich, zakręconych rzęsach. Jej blond włosy, ach te przepięknie rozpuszczone włosy jak u anioła, złociste koloru łąk mej młodości. Wtem trwoga mną szarpnęła, i omal nie upadłem pod ciężarem tego co ujrzałem, bo gdy otworzyła oczy rozpoznałem ją na dobre, była mą dawno utraconą ukochaną Yelojzą. Na rany twe Chryste, coś męczył się za nas na krzyżu o Chryste! Moje oczy są przemęczone zapewne, a widok jaki im się jawi to nic innego jak majaki na przeklętej jawie. To nie może być prawda, to jakieś zabawy demonów, co mącą rzeczywistość dla swych uciech przeklętych, mego nieszczęścia. Niech was piekło pochłonie i Lucyfer na nowo przysmali, czym zasłużyłem na to cierpienie. Yelojza umarła, już trzy wiosny temu, jej śmierć nastąpiła w okropnych okolicznościach, jej ciała było naznaczone czerwoną śmiercią, cieszacą się złą sławą już w drugiej połowie XVIII wieku. Była to istna plaga, której źródłem jak dobrze pamiętam był pewien niewolnik przywieziony do Arkham, mego domu z Afryki. To właśnie ów człowiek zabrał ze sobą tą przeklętą chorobę zarażając każdego napotkanego. To było straszne widzieć jak twoi bliscy, znajomi jak i całe miasto umiera w przerażających mękach. Po całym Arkham rozlała się krew niewinnych, koszmarna zaraza pochłonęła prawie każde istnienie, ci których nie dotknęła bezzwłocznie musieli opuścić to naznaczone przez śmierć miasteczko. Wiele tragedii miało miejsce na tym padole lecz nigdy tak straszne w skutkach jak ta szkarłatna zaraza .Ocalałem jako jedyny z całego rodu, aż po dziś dzień wędrując w poszukiwaniu spokoju i zapomnienia. Wiesz już jak tu dotarłem drogi czytelniku, uciekając od złych wspomnień tragedii. Wiesz również jak zareagowałem na widok swej ukochanej i utraconej, lecz po chwili wzrokowych oględzin i ciągłej niepewności, kobieta podniosła się z łoża i ruszyła w mym kierunku, odkrywając przede mną swe oszpecone przez świeże wrzody i blizny ciało. Pod jej nogami wiło się teraz robactwo zaś w brudnych i skołtunionych włosach zaległy się larwy. A jej oczy! Boże, te oczy, nie karz bym w nie spoglądał gdyż już nie należą do mej ukochanej lecz są śmierci własnością, która mi ją zabrała. Z jej ust dobywało się pojękiwanie, jej nadszarpnięte i przegniłe ciało miejscami obnażało brudny szkielet. Zrozumiałem w jednej chwili że i zaraza zawitała i tu w tym mieście, a speluna z której ulatniał się ten zadziwiający swąd był zapachem śmierci. Już mogłem dostrzec w całej okazałości jej trupie oblicze, przegniłe zęby w dzikim grymasie uśmiechu. Poczułem jej zimny kościsty dotyk, serce mnie zabolało czując że czas już ucieka. Straciłem już wiele bliskich mi osób, miałem już dość ucieczki i tułaczki po świecie bez jutra, otchłań smutku i niepewności widniała przede mną. Śmierć mnie znalazła, wciąż pamiętała, iż miejsce me przy ukochanej w grobie naszych wspomnień. Na nic się zdało mój marny exodus przed jej szponami, tak bardzo się boję, Yelojzo-kochana! Widzę jak cierpisz, czy oby na pewno twa dusza zbawiona? Czy też u czarnego anioła, pod bladym ostrzem twe ciało nacina. Twa twarz splamiona strachem-dostrzegam ten bezkres udręki, błagam cię nadgniła kochanko, pijana nostalgią, powiedz czy ta tłusta, pełna robaków głębia czarnoziemu, to nasze plugawe posłanie?

AUTOR:  Daniel Podolak