PAWEŁ SALAMUCHA



WIŚNIOWA GALARETKA

 

- Gdzie masz kryształ! Gadaj suko! - Krzyczał rozwścieczony chłopak.
Staruszka siedziała na krześle kuchennym, dłonie miała związane nylonowym sznurkiem z tyłu. Tak, że w żaden sposób nie mogła się obronić przed atakami przestępcy. Bała się. Jej ciało drżało niczym wiśniowa galaretka, taka którą zawsze przyrządzała Henrykowi. Oh, gdyby Henryk tu był - obronił by ją.
- Henryk pokazałby Ci gdzie raki zimują zbirze - nabrawszy odwagi zawołała w jego stronę.
W odpowiedzi chłopak uderzył kobietę w twarz. Krzesło zakołysało się złowrogo, ale już po chwili odzyskała równowagę.
- Musi to znaleźć. Po prostu musi i kropka - ponaglał w myślach sam siebie.
Złodziej zabrał się do przeszukiwania szafek kuchennych. Po kolei wyrzucając ich zawartość na podłogę, był zdeterminowany do przetrząśnięcia całego domu.

Dom pani Rudnik stał jakieś trzy kilometry za miastem. W bardzo spokojnej i przyjaznej staruszce okolicy. Henryk, jej mąż zmarł 5 lat temu, ale przyrzekła, że nigdy o nim nie zapomni. Codziennie przygotowywała świeże kwiaty na jego grub. Tak aby zawsze wyglądał na zadbany. Wierzyła, że kiedyś znowu będą razem w niebie.

Amelia Rudnik była kobietą średniego wzrostu, o słusznej budowie ciała, kształtem przypominała typową babcię. Była puszysta z typowym upiętym z włosów kokiem.
Miała na nosie wielkie okrągłe okulary, przepasana fartuszkiem. Zawsze nosiła ze sobą coś słodkiego w razie gdyby spotkała jakieś dzieciaki. Kochała dzieci, miała dwójkę własnych, ale już dawno opuściły one dom rodzinny. Założyły rodziny i teraz mają własne pociechy.
Już dawno powinna przeprowadzić się do miasta, gdzie miała by opiekę lekarską i aptekę na miejscu. A tak musi co tydzień jeździć swoim rozwalającym się kombi, aby zrobić niezbędne sprawunki.
Z charakteru była osobą delikatną, miłą i pozytywnie nastawioną do wszystkich. Ale teraz wychodziła już z siebie. - Przywiązana do krzesła, przez tego... gnoja - złościła się sama na siebie Amelia.
- Ja ci jeszcze pokażę panie Trelkowski. - była rozdrażniona i poirytowana faktem, że okrada ją jej własny sąsiad.
- Gnojek! Najpierw wpędziłeś swoją matkę do grobu, a teraz chcesz mnie zabić - zawołała do Piotrka staruszka. - Stul pysk stara suko - Tego było już za wiele. Chłopak chwycił łom i z całej siły przejechał kobiecie po plecach. Tym razem krzesło przewróciło się razem z siedzącą na nim babcią przygniatając ją. Piotrek był wściekły. Nie mógł już dłużej znieść jej gderania. Zupełnie jak kura. Pomyślał, że jeżeli miałby stać się kimś takim na starość to woli zginąć tu i teraz.
Bolała go głowa, musi bardziej ją przycisnąć, nastraszyć. W końcu powie mu gdzie to trzyma. Musi bo inaczej zginie... tak czy inaczej zginie. Zachichotał do siebie.

            Usiadł okrakiem na kobiecie, złapał łom za po obu jego stronach dłońmi i przycisnął do szyi staruszki tak mocno, aż z jej gardła wydobyło się przeciągłe - agghhhhhHHH.
- Musi ustąpić. Musi mu powiedzieć - pomyślał. Poluźnił na chwilę uścisk tak aby mogła nabrać trochę powietrza. Ślina ściekała z kącika jej ust. Z ledwością łapała oddech, na twarzy była czerwona, a oczy wychodziły z orbit.

            Ledwie żyła. Wiedziała, że następnego ataku złodzieja nie przeżyje. Wtedy przyszedł jej go głowy pomysł. Jej jedyna szansa.
- Dobrze powiem gdzie jest kryształ - zgodziła się, ale powiedziała to tak cicho, że musiał nachylić ucho, aż pod same jej usta. Wtedy go chwyciła. Całe szczęście, że ma jeszcze własne zęby. Szczęki zacisnęły się na swojej zdobyczy. Trysnęła krew, oderwane ciało drżało w jej ustach jak galaretka. Wiśniowa galaretka taka sama jaką uwielbiał jej zmarły mąż - Henryk.
- Aaaaa! - Darł się w niebogłosy Piotrek. Nie był w stanie zapanować nad sobą, chciał wstać, ale staruszka szamotała się. Przewrócił się wprost na nią. Ich twarze spotkały się. Jedna wyrażała zadowolenie, druga zaś gniew i okropny bół. Ich spojrzenia zlały się w jedno.

Dostała od Boga drugą szansę. Nie może jej zmarnować. Chwyciła napastnika zębami za usta. Szarpała i gryzła. Urwała jego dolną wargę. Krew zalała jej twarz tak, że nic nie widziała, nie była to jednak jej krew- na szczęście - radość przepełniła starcze ciało. Napastnik, czy ofiara nie wiedział co robi zsunął się mimowolnie z kobiety. Wił się i pełzał w szaleńczym bólu po podłodze. Oczy zasłoniła mu czerwona mgła. Stracił przytomność, nie wiedział tylko czy z bólu czy od uderzenia łomu.

Śnił, że znajduje się w ciemnym pokoju, nic nie widział. Było tam bardzo duszno, a może brakowało powietrza. Potwornie bolała go głowa, nawet we śnie. Zobaczył w rogu dwa iskrzące się czerwienią punkciki. To były oczy - tak sądził. Wiedział, co to oznacza. Pan jest niezadowolony. Nie potrafił wykonać zadania. Jest do niczego, tak jak zawsze powtarzała mu matka. Jednak pan w przeciwieństwie do niej nie wybacza...

Zbudził się, przynajmniej tak mu się wydawało. Wokół niego było ciemno, nie mógł się poruszać. Teraz on się bał. Przypomniał sobie nie tak odległe czasy kiedy siedział skulony pod stołem i kurczowo ściskał nogę dębowego stołu. Po stokroć wolałby jeszcze raz przeżyć chwile z matką, niż to co teraz. Piekielne czekanie, ale na co? Na kogo ?
Dochodził go jakiś stłumiony dźwięk z góry, jakby rytmiczne uderzanie.
Chłopak nie miał pojęcia, że staruszka ogłuszyła go jego własnym łomem. Nie przyszło by mu do głowy także, iż kobieta w wieku sześćdziesięciu czterech lat może mieć tyle siły aby zakopać go w starej skrzyni po lodówce w dole za domem. Henryk wykopał go dawno temu. Chciał zbudować w tym miejscu wiatę, żeby mogli spędzać tam wieczory podziwiając zachody słońca. Niestety śmierć zniweczyła wszystkie jego plany, także ten. Ale teraz dół na coś się przydał.
- Pokazała gnojkowi. Nie będzie jej rozkazywał żaden podrostek. - i dodała już w myślach. - Zemsta jest słodka jak... wiśniowa galaretka.

*          *          *

- Piotrze! - z wyczuwalnym zawodem odezwał się głos
- Przepraszam Panie - zaskamlał chłopiec
- Nie jestem z ciebie zadowolony - Teraz już stanowczo zaczął Szatan. - Powinienem Cię ukarać za nieposłuszeństwo. Piotrek poczuł wilgoć w swoich spodniach. Bał się jak nigdy w życiu.
- Ale nie zrobię tego - ciągnął głos. - Chcę dać Ci drugą szansę. Nie zmarnuj jej. - Głos darował mu, ponieważ nie był to jego główne zadanie do wykonania. Teraz czekało go coś znacznie większego.

Następnego dnia, gdy pani Rudnik wyszła zobaczyć swoje dzieło zniszczenia zauważyła, że misternie sporządzony grób jest pusty. Rozgrzebana ziemia, i ślady jakby coś się ze środka wydostało doskonale potwierdzały obawy staruszki. Zaczęła rozglądać się na wszystkie strony. Bała się. Wiedziała, że napastnik wróci i domyślała się, że zrobi to niebawem.
- powinnam się przygotować - pomyślała.  Nie bez powodu Bóg zrobił ją strażniczką Kryształu Snów.

AUTOR:  Paweł Salamucha