KATARZYNA MISIOŁEK



WYSYPISKO

 

Na podmiejskie wysypisko chodził, odkąd pamiętał. Nieważne, czy mróz dosłownie szronił mu długą, splątaną brodę, czy słońce bezlitośnie paliło upałem – Roman każdego ranka pokonywał ponad cztery kilometry bocznej, pełnej dziur drogi, żeby dostać się do swojego raju. Wchodził przez dawno temu wyciętą dziurę w przerdzewiałej, metalowej siatce, a potem buszował, łapczywie przebierając w kilku tysiącach ton śmierdzących skarbów. Dzisiejszego ranka źle się czuł. Kac drążył mu czaszkę z uporem maniaka. Gardło miał wyschnięte na wiór, a żołądek ściśnięty, jednak wiedział, że nie odpuści. Wypił odrobinę trzymanego w starej kamionce, zsiadłego mleka, czknął, wytarł usta wierzchem dłoni i wsunął przez głowę brudny, poplamiony wczorajszym sosem pomidorowym podkoszulek. Czuł, że zanosi się na burzę - słońce świeciło tym charakterystycznym, jaskrawym blaskiem, który niedługo przesłonią granatowe, burzowe chmury. Obudził wnuczkę i podał jej dwie wczorajsze kanapki, a potem pospieszając dziewczynkę, mruczał, żeby już szła, bo się spóźni na pierwszą lekcję. Jak dla niego, to mogłaby w ogóle nie chodzić do szkoły, ale dość już miał wizyt wyfioczonych paniuś w niemodnych kostiumach, które na okrągło ględziły o zaniedbywaniu jakiegoś durnego obowiązku szkolnego…

Kiedy dziecko znikło na samym końcu zadrzewionej, pokrytej kurzem alejki, wyjął z szopy stary, dwukołowy wózek i ruszył w stronę wysypiska. Szedł żwawym, szybkim krokiem, chociaż lejący się z nieba żar, tępy ból głowy i suchość w ustach sprawiały, że miał coraz większą ochotę zawrócić.

- A niech mnie, raz sobie mogę odpuścić – wybełkotał, ale wtedy je zobaczył.

Cztery jaskrawo pomarańczowe, olbrzymie śmieciarki. Toczyły się drogą, w stronę hałd wysypiska dumne i wypełnione wszelkim bogactwem. Jak mógłbym teraz się poddać? – pomyślał. Grzebał w śmieciach od jakichś piętnastu lat i szczerze mówiąc dziwił się, że wciąż robi to tak mało ludzi. Ile skarbów można było znaleźć wśród tej masy nadgniłych, cuchnących miejskich odpadów! Ile pobudzających wyobraźnię przedmiotów, ile radości! Oczywiście, nie każdy byłby w stanie przekopywać się poprzez tony zepsutej żywności, masy cuchnących szmat, lepkich od jakiegoś świństwa puszek i całej reszty. Tym lepiej – pomyślał Roman - Mam tę krainę cudów tylko dla siebie. Prawie…

Książki, czasem całkiem dobre ciuchy. Żarcie z przeterminowanymi datami przydatności, które po otwarciu okazywało się całkiem, całkiem i tony przeróżnych rupieci, z których Roman zawsze potrafił zrobić jakiś pożytek. Jedne sprzedawał, inne reperował, jeszcze innymi się bawił, albo dawał wnuczce. O, zabawek było tu całe mnóstwo! Lalki - brudne, ale czasem całkiem nowe. Misie, autka, książeczki i klocki. Było wszystko, trzeba tylko umieć szukać.

- Co to, dziadku, śmieci się będzie przeczesywać?! – kierowca jednej z wracających w stronę miasta, pustych śmieciarek wychylił kędzierzawą głowę z szoferki, ale w jego głosie nie było drwiny. Raczej podszyte cieniem złośliwości, lekkie rozbawienie. 
- Z czegoś trzeba żyć, chłopcy – mruknął Roman, dodając, że upał, czy nie, wysypisko zawsze ma jakieś tajemnice.

Kiedy śmieciarki znikły mu z oczu, zostawiając za sobą kłęby suchego, letniego kurzu, odkasłał i szarpnął za rączkę wózka, jeszcze bardziej przyspieszając kroku. Na wysypisko dotarł zziajany i spragniony. Upił trochę wody z brudnej, plastikowej butelki, którą zawsze ze sobą woził, a potem zaczął się wspinać po wysokiej hałdzie cuchnących odpadków. Większość spiętrzonych jeden na drugim, czarnych worków na śmieci była zawiązana, ale z niektórych wysypywała się cała zawartość, buchając w jego nozdrza odorem. Niczym cowboy ze starych, amerykańskich westernów, które kiedyś tak lubił oglądać, przewiązał twarz czerwoną chusteczką i ruszył przed siebie. Tego dnia dotarł późno. Wszyscy znajomi dawno już byli. Ruda, szalona Mańka zaskakująco zwinnie kołysała grubym cielskiem, rozgrzebując worki tuż przy siatce, a jej mąż Antek babrał się w nowej dostawie. Jacenty zza torów i Chudy z bratem też trwali już na posterunku.

- Dzień dobry! – krzyknął w ich stronę Roman, a potem z westchnieniem zaczął się przedzierać na drugą stronę góry śmieci.

Skoro oni przyszli pierwsi, to mają prawo przeczesać nowo przywiezione odpady – pomyślał niechętnie, a sam zajął się grzebaniem w dalszej części. Raz za razem odganiał się od brzęczących mu przy głowie much – plujek, z trudem łykając ślinę poprzez zaschnięte gardło.

- Kurwa, jaki gorąc – mruknął, wyjmując z pół otwartego, niebieskiego worka lalkę z oderwaną głową.

Głowę się skombinuje z jakiejś innej i moja mała będzie miała kolejną zabawkę – ucieszył się, wrzucając znalezisko na stojący niżej wózek. Odwracając się z powrotem w stronę hałdy śmieci, zobaczył jakiś błysk. Słońce padało na coś, migocząc w jasnym świetle upalnego dnia. Osłonił oczy i poruszył się, lokalizując migotanie. Błysk był intensywny, ostry i cienki. Nie taki, jak słońce odbite na jakiejś tam gównianej puszce po Pepsi, ale inny. Roman ruszył wyżej, starając się oddychać przez usta, bo w tym miejscu coś cuchnęło wyjątkowo obrzydliwie. Wspiął się na kilkanaście czarnych worków, potknął i o mało co nie upadł na jakieś rozbebeszone odpadki żarcia, wśród których królowała nadgniła sałata. Cicho, ale siarczyście zaklął i rozejrzał się dookoła.

- Co za pieron? – pomyślał, usiłując zlokalizować błysk.

I wtedy ją zobaczył. Wystającą spomiędzy zwojów jakiejś brudnej szmaty, drobną kobiecą dłoń. Pierścionek na jej poharatanym, sinofioletowym palcu migotał w słonecznym plasku, a liliowy lakier na paznokciach swoją ponurą ironią podkreślał trupi kolor zaczynającej gnić na upale ręki. Roman poczuł, że żołądek wywraca mu salto. Szarpnęły nim torsje, ale zdołał się opanować. Podszedł bliżej, rozgarniając podartą, podobną do starego kilimu szmatę, którą owinięte było ciało kobiety. Zaczął powoli, bojąc się widoku, jaki może zobaczyć. Nie jedno już w życiu widział, ale trupów nigdy nie lubił. Pamiętał, jak znalazł tego topielca, w dole rzeki. Jakieś dwa lata temu, tuż pod koniec sierpnia. Był obrzydliwie napuchnięty, oślizły, wręcz galaretowaty. Albo ta stara kobieta, którą znaleźli z dawnym kumplem, Włodkiem, na drodze przy torach. Cała w zakrzepłej krwi, z głową poszatkowaną jak kapusta przed ukiszeniem. Śniła mu się potem po nocach, koszmary miał chyba przez miesiąc. Nie, zdecydowanie nie lubił trupów, no, ale wiadomo – ciekawość u człowieka też rzadko kiedy zasypia, więc powoli zsunął podarty kilim, odkrywając kobiece zwłoki. Była młoda, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Pomimo mocnego, brokatowego makijażu i wyzywającej, krótkiej kiecki, wciąż wyglądała jak te widywane przez niego pod sklepem przy drodze nastolatki. Słońce na chwilę zaszło, przesłonięte przez ciemną, burzową chmurę i zerknął na jej twarz, ale niewiele z niej zostało. Lewa połowa głowy wyglądała tak, jakby odstrzelił ją jej jakiś czub. Sama krew i jakaś maź. Prawe oko miała szeroko otwarte, uniesione w stronę nieba w niemym proteście, lewego nie było… Zęby miała wystrzeżone, jakby warczała, wargi napuchłe, ze śladami wiśniowej, mieniącej się w słońcu szminki. Na nogach zobaczył siniaki i głębokie zadrapania. Nie miała prawego buta. Lewy – złocony sandałek na cienkich paskach był przekrzywiony na jej ugiętej pod dziwnym kątem nodze. Znowu poczuł mdłości, więc na moment odwrócił wzrok i popatrzył w dal, na linię horyzontu. Niebo robiło się coraz ciemniejsze. Słońce już się nie przedzierało przez burzowe chmury i pomyślał, że jeśli chce dotrzeć do domu przed nawałnicą, musi się pospieszyć. Jeszcze raz zerknął w stronę nieżywej dziewczyny.

- A któż cię tak załatwił, moja śliczna? – mruknął.

Nie był święty. Kradł, pił, miewał długi, porachunki. Zdarzało mu się obić komuś ryja, a nawet dźgnąć nożem, ale nigdy nie zrobiłby czegoś takiego kobiecie – pomyślał, kiwając siwą głową.

Dziewczyna wyglądała, jakby feralnego wieczoru bawiła się w dyskotece. Nie, żeby tam kiedyś bywał – miał swoje lata, żył na odludziu - ale telewizję czasem oglądał, dobrze kojarzył takie wysadzane cekinami kiecki. Zauważył, że dziewczyna miała na głowie blond perukę, która teraz była lekko przekrzywiona.  W oddali zagrzmiało i zrozumiał, że musi podjąć decyzję. Zostawić ją tutaj i uczciwie dzwonić po psiarnię, czy wziąć, co dobre i zapomnieć o sprawie… Zerknął na jej pierścionek. Ładny. Na pewno srebrny, z dużym oczkiem. Pewnie cyrkonia – chciwie oblizał spierzchnięte wargi, zastanawiając się, za ile mógłby ją opchnąć w pobliskim mieście. W końcu chciwość zwyciężyła nad ludzkimi odruchami.

- Przykro mi, kochanie. Jeśli nie obrobię cię ja, to dorwą cię Mańka ze swoim starym, albo reszta ferajny – mruknął w końcu, a potem zabrał się do rzeczy.

Nachylił się nad nią i usiłował zsunąć jej z palca pierścionek, ale za cholerę nie dał rady. Dłoń miała napuchniętą od upału i obrzydliwie upartą. Kurwa – mruknął po kolejnej próbie, a potem szarpnął jeszcze raz. Nic. Wtedy pojął, że musi nieco brutalniej zabrać się do rzeczy i wyjął zza paska ostry, myśliwski nożyk.

- Bez urazy, skarbie – mruknął, a potem nachylił się jeszcze niżej i ciapnął jej środkowego palucha.

Poszło nawet gładko, chociaż prawie puścił pawia. Jednak opanował się i zabrał za kolczyki. Jakoś udało mu się je wypiąć z jej drobnych uszu, więc przynajmniej tutaj nie musiał bawić się w rzeźnika. Łańcuszka nie mógł zdjąć. Pieprzone zapięcie trzymało, a jego stare, powyginane reumatyzmem palce nie radziły sobie z drobnym zatrzaskiem. W końcu, wkurzony, szarpnął, zrywając go dziewczynie z szyi.

- Ładny – mruknął, oglądając swój łup. – Złoto, jak nic, w dodatku z wisiorkiem – cieszył się, obracając w palcach małe, wypukłe serduszko.

Z oddali usłyszał kolejny, głuchy grzmot i nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, spadły pierwsze, ciężkie krople letniego deszczu. Po chwili lunęło na całego, jakby niebo nagle oberwało się pod ciężarem zbyt brzemiennych chmur. Ślizgając się po zwałach cuchnących, a teraz jeszcze mokrych śmieci dotarł do swojego wózka, a potem zsunął się na sam dół i ruszył w stronę dziury w siatce. Szalonej Mańki i reszty „poszukiwaczy” już nie było. Kusiło go, żeby przejrzeć nowo przywiezione przez śmieciarki worki, ale pomyślał, że i tak nie znajdzie niczego, co miałoby jakąkolwiek wartość. Skoro oni byli tam pierwsi, z pewnością przeczesali teren. Wyszedł z terenu wysypiska i w ulewnym deszczu ruszył drogą w stronę wsi.

Do domu dotarł przemoczony do suchej nitki i zły. Nie wiadomo, czemu dopadł go naprawdę wisielczy humor. Może to przez tę dziewuchę. Szkoda jej, taka młoda – myślał, myjąc znaleziska w wodzie z Ludwikiem. Po chwili biżuteria lśniła, jak nowa. Kolczyki dam wnuczce – zdecydował. Pierścionek się sprzeda, a łańcuszek też zostawię małej. Trochę podrośnie, to doceni. Zamknął drzwi i usiadł na wyświechtanym, przetartym fotelu z wystającą z prawej strony sprężyną. Zapalił papierosa, z ulgą zaciągając się dymem. Chwilę posiedział, słuchając deszczu walącego o blaszany dach starego, letniskowego domu, w którym mieszkał, potem wyjął z kredensu butelkę żubrówki. Pił całe popołudnie, aż się zdrzemnął. Kiedy się ocknął, wnuczka przygotowywała na stole jakieś kanapki. Huknął na nią, żeby podała mu wody, a potem łagodniejszym tonem powiedział, że ma dla niej prezent. Kiedy dał jej małe, wysadzane sztucznymi diamencikami kółka, mała prawie oszalała z radości. Wypił wodę, potem dolał sobie żubrówki i włączył telewizor. Koło północy zasnął w fotelu. Budził się raz za razem, mając jakieś dziwne, chore urojenia. Wydawało mu się, że za małym oknem z brudną szybą widzi jakieś cienie. Potem otwarły się drzwi do sieni i w pokoju zawył wiatr.

- Co za pieron? – zdziwił się Roman, zamykając drzwi na skobel.

Wrócił do pokoju i ukroił sobie grubą kromkę trzeszczącego, świeżego chleba. Nalał do szklanki mleka i zabrał się za jedzenie, kiedy w drzwiach od swojego pokoju stanęła wnuczka.

- Zakochałeś się, dziadku? – zapytała nagle mała.

Księżycowa, płynąca od okna poświata, rozjaśniała jej blond włosy, czyniąc z nich srebrno białą, otulającą jej drobne ramionka pelerynę.

- Zakochałem się? – prychnął. – Co ty też wygadujesz, duszko? Ja zakochany, to dobre! I niby w kim? W szalonej Mańce? – rechotał tak głośno, że aż go rozkaszlało.
- Nie? – zdziwiła się dziewczynka. – To czemu ta pani powiedziała, że zabrałeś jej serce?

Poczuł zimny, nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Nagle zupełnie wytrzeźwiał.

- Jaka pani, duszko?
- Ta, która tutaj była. Przed chwilą, dlatego nie mogłam spać. Siedziała na moim łóżku i tylko na mnie patrzyła, a potem nagle powiedziała, że zabrałeś jej serce.

Bezwiednie sięgnął do kieszeni, wyjmując z niej wypukłe, złote serce na zerwanym łańcuszku.

- Powiedziała, że niedługo po ciebie przyjdzie, a potem znikła. Dziadku, ona była jakaś dziwna. Znasz ją? – paplała dalej dziewczynka, ale już nie słuchał.

 Zdecydował, że bladym świtem wróci na wysypisko, żeby oddać martwej dziewczynie to, co zabrał, ale nie był pewien, czy to wystarczy. „Powiedziała, że po ciebie przyjdzie” – przypomniał sobie słowa wnuczki i poczuł, że ogarnia go jakaś irracjonalna, ślepa panika. Posprawdzał wszystkie drzwi, zasunął zakurzone firany i położył się na swoim łóżku, naciągając kołdrę pod samą brodę, ale wciąż miał jakieś dziwne, złowrogie przeczucie, że coś czai się tuż nad jego głową. Że jakieś zimne, oślizłe ręce zaraz chwycą go za gardło i będą się zaciskać dopóki nie wyda ostatniego tchnienia…      

AUTOR:  Katarzyna Misiołek