GRZEGORZ KOPIEC


ZŁE MIEJSCE, ZŁY CZAS

 

         To, jak znalazł się w tym ponurym lesie oraz fakt, że tuła się po nim już trzeci dzień z rzędu jest najmniej istotne. Myślę, że mógłby to być materiał na zupełnie inne opowiadanie, choć kto wie, być może powstała by z tego całkiem ciekawa, choć nie obszerna powieść. Najważniejsze w tym wszystkim są wydarzenia, które zaistniały później. Niewiele później, a może nawet i znacznie.

Okropnie zmęczony i głodny przedarł się przez gęste krzewy, ostre i lepkie. Uniósł wzrok by spojrzeć przed siebie, i właśnie teraz, kiedy każde dotychczasowe zerkanie w dal, każde wyłanianie się zza drzewa i każda napotkana polana nie dawała mu żadnych szans, w końcu dostrzegł nadzieję. Przed nim, jak gdyby nigdy nic stała drewniana chata.

Wyszedł jej na spotkanie i znalazł się dokładnie naprzeciw masywnych, wejściowych drzwi ozdobionych metalowymi ornamentami. Niewiele myśląc zbliżył się do nich, niesiony niezwykłą energią, po czym, jak w transie, naparł na klamkę. Drzwi poddały się tak łatwo jakby zostały dopiero co naoliwione na zawiasach. To tym bardziej nastroiło go pozytywnie, do tego stopnia, że postanowił zarejestrować godzinę o której przydarzyło mu się takie szczęście. Przekraczając próg rzucił okiem na zegarek. Elektroniczne cyfry wskazywały trzynastą dwanaście, lecz kiedy znalazł się na dobre wewnątrz chaty minutnik przeskoczył o jedną wartość do przodu. Dopiero po chwili dotarło do niego, jak bardzo kontrastujące są te dwie, niepokojące trzynastki obok siebie, względem takiego szczęścia jakim było znalezienie schronienia, w którym najpewniej ktoś nadal mieszkał.

Z zamyślenia wyrwał go potężny huk. Odwróciwszy się zrozumiał, że był to efekt zatrzaskujących się za nim drzwi. Nagle, znikąd, pojawił się niepokój zajmując każdą żywą komórkę jego ciała. Czym prędzej szarpnął za klamkę, lecz ta nie zamierzała nawet drgnąć. Z tej strony drzwi wydawała się być przyspawana i nie do ruszenia. Zrezygnował z dalszej szarpaniny i odwrócił się, kierując wzrok w głąb chaty. Dopiero teraz dostrzegł, że w tym pomieszczeniu, długim na jakieś osiem metrów, nie ma okien. Żadnego, najmniejszego otworu, poza jednym, który znajdował się po przeciwległej stronie do drzwi wejściowych, poza przejściem do kolejnego pokoju. Nie mogąc obrać innego kierunku, udał się przed siebie w stronę pomieszczenia, z którego dobywało się intensywne i ostro migające światło, jakby ktoś stał przy przełączniku i bawił się nim, wyłączając go, to natychmiast włączając.

Zanim zbliżył się do połowy drogi jego nozdrza zaczęły odbierać dziwny swąd, jak gdyby smród padliny, bądź mięsa pozostawionego na kilkugodzinne działanie promieni słonecznych. Zrobił kolejny krok i zasłonił dłonią nozdrza - fetor zdawał się intensywnieć. Do tego doszło miarowe brzęczenie - był pewien, że to muchy, a wraz z nimi cała chmara innego robactwa. Przez otwarte drzwi dostrzegł, że na środku pomieszczenia leżą pozostałości roztrzaskanego stołu. Zbliżając się do przejścia odruchowo zerknął na zegarek, było szesnaście po pierwszej. Godzina jak godzina, pomyślał, lecz po tym, co zobaczył odrywając wzrok od Timex’a i kierując go do wnętrza drugiego pokoju miał zapamiętać ją do końca życia. Łapiąc się obiema dłońmi za usta zdołał jedynie wycedzić kilka słów.

- Boże, co tu się stało?

W izbie ze szczątkami drewnianego, a niegdyś również solidnego stołu, zobaczył najohydniejszy, a jednocześnie najbardziej przerażający obraz w życiu. Po lewej i prawej stronie na ścianach wisiały zwłoki czworga osób. Wisiały, to zbyt łagodne słowo, ciała tych ludzi były nadziane na stalowe haki niczym mięso w masarni. Na jednej ścianie spoczywał młody mężczyzna wraz z kilkuletnim chłopcem, a na przeciwnej kobieta (pewnie żona tego pierwszego) oraz dziewczynka niewiele starsza od chłopczyka. Każde z nich wisiało na osobnym ostrzu.

Zastanawiając się nad wydarzeniami do jakich musiało dojść w tym… miejscu, dostrzegł, że w otwartych drzwiach do następnego pomieszczenia coś się poruszyło. Źrenice urosły mu do granic tęczówki, a ciało zaczęło się wręcz trząść i spinać w niekontrolowanych skurczach. I choć teraz, wpatrując się w czarną otchłań trzeciego pokoju tej złowieszczej chaty, nie widział niczego niepokojącego, to miał pewność, że chwilę wcześniej coś tam było. Powoli zbliżył się do potrzaskanego stolika i wyłamał z niego kilkudziesięciocentymetrową nogę. Złapał ją oburącz niczym kij do baseballa i bardzo ostrożnie ruszył w mroczną otchłań. Każdy krok starał się stawiać jak najciszej, aby wychwycić najmniejszy nawet szmer dobiegający z ciemności. Cisza. Kiedy jednak zbliżył się na tyle blisko, aby zajrzeć do środka zauważył, że w jego głębi znajduje się kolejne przejście. Lecz tym razem zobaczył wyraźnie, że są tam lekko uchylone drzwi, zza których do środka wpadała stróżka bladego światła. Nadal nie dostrzegłszy żadnego ruchu, ani nie usłyszawszy żadnego dźwięku postanowił odważniej wkroczyć do środka i sprawdzić co kryje się za kolejnymi drzwiami. Jednak, nim zdążył postawić całą stopę w trzecim pokoju, usłyszał przeraźliwy wrzask. W następnej chwili, pod wpływem silnego ciosu, upadł na plecy, uderzając głową o pozostałości stołu. Na szczęście nie wypuścił drewnianej nogi, gdyż za chwilę miała mu być potrzebna.

Z czarnego jak smoła pokoju w asyście koszmarnego skrzeku wyskoczyła nań upiorna postać. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak człowiek, na którego rozlano jakąś żrącą ciecz.. Na pewno była kiedyś człowiekiem, wskazywały na to strzępy ubrań, w jakie była odziana – spodni i koszuli; lecz poruszała się bardzo szybko, zbyt szybko jak na człowieka. Odchodzące płaty skóry, wiszące z oczodołu, na sznurze składającego się z żył i nerwów, jedno oko oraz rozszarpana krtań, przez którą można było dostrzec białe kości kręgosłupa, stanowiły odrażające dzieło. Stwór odbił się z miejsca w powietrze na dwa metry, pikując centralnie na mężczyznę. Ten zamachnął się kijem i wymierzył najpotężniejszy cios, na jaki było go stać z tej pozycji, wprost w jego głowę. Monstrum padło na niego nieco oszołomione, ale niemal natychmiast zaatakowało ostrymi szponami, tworząc trzy długie, otwarte rany na twarzy chłopaka, po czym ponownie odskoczyło w górę. W tym momencie mężczyzna dostrzegł coś jeszcze bardziej przerażającego. Ciała na hakach zaczęły się ruszać w dziwnym rytmie jakby próbowały za wszelką cenę zerwać się z haków. Stwór zdążył osiągnąć maksymalny punkt skoku i ponownie zaczął opadać z jeszcze potężniejszym wrzaskiem i wściekłością. Tym razem chłopak nie zdążył zareagować i monstrum upadło na niego, wywołując ogromny ból pod żebrami. Stwór ponownie się zamachnął i rozdarł koszulę swojej ofiary, pozostawiając tym razem cztery głębokie otwory. W głowie chłopaka odezwał się pierwotny instynkt mówiący: zrób wszystko, żeby przeżyć. Sięgnął więc po najdalsze pokłady energii i uderzył kolanem w podbrzusze napastnika, to jednak nic nie dało. Złapał czym prędzej stwora za szmaty, przyciągnął do siebie i obiema nogami przerzucił jego ciało nad sobą. Stwór spadł na plecy, ale momentalnie pozbierał się na nogi i nim chłopak zdążył się wyprostować skoczył z całych sił, uderzając weń. Chłopak ponownie upadł, ale teraz to jemu udało się szybko wstać i po raz kolejny złapał drewnianą broń, mierząc nią w stojącą naprzeciw, karykaturalnie wykrzywioną istotę. Nagle usłyszał za sobą ciche szuranie. Odwrócił się i nie mógł uwierzyć swoim oczom. Ciała czwórki, wiszące jeszcze przed chwilą na szpikulcach, wlokły się do niego ospale - ramię w ramię. Stwór przed nim charczał i szykował się do następnego ataku. Chłopak czuł, że ta walka jest z góry dla niego przegrana. Musi uciekać. I w chwili, kiedy stwór oderwał się od ziemi, mężczyzna ruszył z impetem w stronę żywych zwłok. Zamachnął się, roztrzaskując główkę dziewczynki i nim pozostali zdołali go sięgnąć, przeskoczył nad nią i pobiegł ile sił w nogach w kierunku uchylonego skrzydła na końcu trzeciego pomieszczenia.

Zanim zdążył zamknąć za sobą drzwi te zatrzasnęły się samoczynnie. Spojrzał przed siebie w stronę kolejnego przejścia i znieruchomiał. Nie wierzył w to, co widzi. W oddali, na środku następnego pokoju, leżały roztrzaskane szczątki drewnianego stolika. Nie wiedząc czemu, zerknął na zegarek. Była trzynasta trzynaście.

AUTOR:  Grzegorz Kopiec