DUCHY

Halloween to wigilia Wszystkich Świętych. Dawniej w Wielkiej Brytanii i Irlandii tego dnia obchodzono celtyckie święto Samhain, kończące rok w czasach Celtów i Anglosasów. Ostatni wieczór października był „wieczorem starego roku”, karnawałem duchów. Na wzgórzach rozpalano wielkie ogniska, by je odstraszać. Tego dnia dusze zmarłych odwiedzały swoje rodzinne domy, wszędzie panoszyły się duchy, czarownice i gobliny. Starano się wówczas zdobyć łaskę nadprzyrodzonych mocy, rządzących naturą… Poniższy artykuł jest poświęcony duchom – istotom na wskroś magicznym. Pierwotnie miał być także o duchach i omenach śmierci (szyszymorach i ponurakach), jednak zbyt mała ilość wolnego czasu nie pozwoliła mi na to, wszak do szkoły trzeba się przygotować. Jeżeli chodzi o treść to nie jest zachwycająca, nie wyczerpałam tematu jak to mam w zwyczaju. Mam nadzieję, że mi wybaczycie…

Duchy to niematerialne istoty pojawiające się nagle i niespodziewanie, bezcielesne widziadła, zjawy składające się z mlecznej, mglistej pary lub przypominające ludzi postacie z krwi i kości o nadprzyrodzonych umiejętnościach rozpływania się w powietrzu czy przenikania przez ściany. Określenie „duch” najczęściej odnosi się do dusz ludzi zmarłych – zarówno tych, które przebywają w zaświatach, skąd mogą powracać na pewien czas na ziemię (duchy przodków) oraz tych, którzy błąkają się po ziemi jako upiory ze względu na niedopełnienie wymaganych rytuałów pogrzebowych... (już się robi strasznie…) Wiarę w istnienie duchów poświadcza tradycja rozmaitych kręgów kulturowych. Obecne były w folklorze i religii wielu narodów, odgrywały szczególną rolę w mitach, baśniach i legendach pochodzących z różnych stron świata. Budziły lęk i grozę, często ich pojawienie było zapowiedzią tragicznych wydarzeń...

Rozwój uczuć wyższych, czyli cech typowo ludzkich nastąpił u bezpośredniego przodka człowieka, Neandertalczyka. Miał on rozwinięte życie duchowe, połączone z magią i religijnymi kultami, ściśle związanymi z poszczególnymi fazami Księżyca, stąd też kult ten nazwano lunarnym [łacińskie luna to księżyc]. Przykładem tych kultów są sposoby grzebania zmarłych – groby wyposażano obficie darami w postaci ubiorów, ozdób, narzędzi i elementów uzbrojenie myśliwskiego. Wynikało to głównie z obawy przed powrotem zmarłego z zaświatów, ogarniętego chęcią upomnienie się o swój dobytek. Na wszelki wypadek jednak związano zmarłego rzemieniami, a grób okładano ciężkimi głazami. Lęk naszego paleolitycznego przodka dowodził że uświadomił on sobie zupełną bezsilność wobec zjawisk, na które nie potrafił w żaden sposób wpływać. Od tej chwili kulty i wierzenia na stałe weszły do kultury człowieka, by przez długie tysiąclecia ewoluować i przybierać różne formy…

Egipcjanie wierzyli, że zmarli powracają we własnych, ożywionych ciałach stąd wywodzi się zwyczaj mumifikowania zwłok. W innych kulturach duchy mogły się jawić jako demony, zwierzęta bądź rośliny. W starożytnej Grecji i Rzymie duchy zmarłych przybierały często postać ponurych cieni, czarnych plam albo też niewidzialnych, podobnych poltergeistom (hałaśliwych duchów przywiązujących się do konkretnej osoby) widm. Większość starożytnych społeczeństw, zarówno wschodniego jak i zachodniego świata, przyjmowało, że duchy są bardzo realnym i jednocześnie bardzo naturalnym zjawiskiem, a w wielu kulturach obchodzono w ciągu roku specjalne uroczystości, których celem było zapewnienie sobie dobrych układów ze zmarłymi. Słowiańskie Dziady to uroczystość obchodzona kilka razy w roku między pospólstwem w wielu powiatach Litwy, Prus i Kurlandii, na pamiątkę dziadów, czyli zmarłych przodków. Paliło się wówczas ogniska, przynosiło jedzenie na groby i spożywało tam posiłek. Podczas odbywających się wiosną rzymskich Lemuriów właściciele domów wstawali w środku i przemierzali wszystkie komnaty, rzucając za siebie ziarna bobu wymawiając jednocześnie następujące słowa: „Tymi ziarnami bobu wykupuję siebie i swą rodzinę”. Obchodząc każde pomieszczenie dookoła powtarzali to zdanie dziewięciokrotnie, by mieć pewność, że zmarli mają dość czasu na zebranie darów. Następnie osoba sprawująca rytuał uderzała w ciężki brązowy cymbał i wykrzykiwała: „Odejdźcie, duchy mych przodków!”, co podobno sprawiało, że wszelkie niespokojne dusze pokornie wracały do swego świata na kolejny rok. W średniowieczu wiara w duchy podsycana była opowieściami o dziwnych odgłosach wydobywających się z grobów lub krypt, w których spoczywali zmarli. Przerażeni ludzie wzywali wtedy księdza, który odprawiał swego rodzaju egzorcyzmy. Nikomu nie przychodziło do głowy, że w grobie leży i naprawdę umiera żywy człowiek…

W miarę rozwoju medycyny ludzie coraz częściej zamiast do grobu najpierw trafiali na stoły w prosektoriach. Choć długo sekcje zwłok były zabronione, to jednak żądni wiedzy naukowcy, lekarze i przyrodnicy potrafili wykradać zwłoki z zakładów pogrzebowych lub nawet wprost z cmentarza. Zdarzało się czasem, ze potraktowany chirurgicznym skalpelem „nieboszczyk” nagle ożywał. Do końca XIX wieku wiedza medyczna ówczesnych lekarzy wciąż była na tyle mała, ze stan głębokiej śpiączki lub letargu łatwo można było uznać za zgon. Coraz częściej więc decydowano się na otwarcie grobów, w których „straszyło'”. Niestety niejednokrotnie było już za późno. W 1856 roku na jednym z angielskich cmentarzy postanowiono dokonać ekshumacji grobu, z którego dobiegały dziwne odgłosy. Uzyskanie pozwolenia na ten czyn nie było jednak prosta rzeczą i zanim miejscowy ksiądz oraz policja wyrazili na to zgodę, minęło trochę czasu. Jakież musiało być przerażenie uczestników całej operacji, gdy po odbiciu wieka trumny ujrzeli straszliwie powykręcane ciało młodego mężczyzny z poobgryzanymi z bólu do krwi palcami. Nieszczęśnik udusił się zanim nadeszła pomoc. Dokładnie 37 lat później, także w Anglii, w podobnych okolicznościach otwarto grób kobiety w zaawansowanej ciąży. W trumnie odkryto zwłoki uduszonej niewiasty i... martwego noworodka, który przyszedł na świat podczas rozpaczliwych wysiłków matki chcącej wydostać się z pułapki. W judaizmie, islamie i religii chrześcijańskiej duchami są anioły, czyli duchy czyste i diabły – demony, duchy nieczyste. Z innych religii znane jest pojęcie duchów opiekuńczych, których przychylność człowiek stara się pozyskać modlitwami czy darami oraz złych duchów, których negatywnego wpływu starał się uniknąć ofiarami lub odpowiednimi zabiegami magicznymi. Wyznawcy wedyzmu uważali, że wokół człowieka znajduje się niewidzialny świat zapełniony demonami, duchami i geniuszami, które stanowiły uosobienie sił i zjawisk przyrody.

Starożytne duchy budziły szacunek, nie lęk. Obecnie jednak cała wiedza – czy też dotycząca faktów, czy fikcji - o duchach przedstawia je jako przerażające istoty, pojawiające się tylko wtedy, gdy dusza zmarłego z jakiejś przyczyny nie mogła znaleźć spokoju i ukojenia. Niektóre niespokojne duchy, jak Jakub Marley z „Opowieści wigilijnej” Karola Dickensa, zostały skazane na potępieńczą tułaczkę za popełnione za życia grzechy. Inne wędrują po świecie, ponieważ spotkała je nagła, niespodziewana, a czasem niesprawiedliwa śmierć. Duchy te nawiedzają o północy miejsca związane z ich życiem, np. zamki chcąc zemścić się na swoich oprawcach. Beanish Hall w angielskim hrabstwie Durham nawiedza duch młodej nieszczęśnicy, która udusiła się schowana do skrzyni – według legendy chciała w ten sposób uniknąć narzuconego jej małżeństwa. Można jedynie mieć nadzieję, że narzeczony był w istocie tak paskudny, jak myślała. Z kolei w Dunstanburgh Hall straszy czternastowieczny hrabia Lancaster w odwecie za wyjątkowo partacko wykonane ścięcie własnej głowy. Jak twierdzili świadkowie, niedoświadczony kat uderzał toporem aż jedenaście razy, nim w końcu odciął głowę hrabiego. Nawet najtwardsi woje mdleli na ten widok. Kiedy duch zostaje wygnany w świat, musi zwykle błąkać się z miejsca na miejsce, nawiedzając domy albo cmentarze dopóty, dopóty nie pomści swej krzywdy albo się nie wyzwoli. Najpowszechniejszym sposobem pozbycia się niechcianego ducha jest wynajęcie zawodowego egzorcysty, chociaż niekiedy duchy znikają, jeśli pochowa się ich doczesne szczątki na rozstaju dróg. Jako że mają fatalną orientację w terenie, ten drobny trik zbija je z tropu na wieczne czasy.

Ta wypowiedź, pochodząca z sondy obejmującej tysiące ludzi z całego świata, świadczy, że nawet bez środków halucynogennych umysł wytwarza dziwne przeżycia, które w dawnych czasach przypisano by działaniu czarów. Wielu ludzi w ciągu swego życia ląduje w półcieniu świadomości, w którym odczuwa obecność zagrażającego im zła. Zjawisko to, nazywane przez współczesnych naukowców porażeniem przy sennym, znane było już wiele wieków temu. Zauroczony pan młody niemieckiego malarza i grafika Hansa Baldunga Griena to typowy, renesansowy obraz człowieka, którego we śnie dręczą zwierzęta, gobliny i czarodzieje. Barwny opis omamów towarzyszących porażeniu przysennemu można znaleźć w noweli La Horla Guy de Maupassanta, w której główną rolę odgrywa przerażająca postać Horli. Zjawisko to mogło być również źródłem inspiracji dla Henry’ego Fuselego, który w 1781 roku namalował obraz Nocny koszmar, przedstawiający goblina siedzącego na brzuchu śpiącej kobiety. Ów goblin odwiedził wiele krajów. Słowo incubus, oznaczające demona atakującego ludzi we śnie, wywodzi się od łacińskiego incubareczyli „leżeć na”. W Nowej Finlandii paraliż przy senny jest znany jako „stara wiedźma”, ponieważ często kojarzy się go z wizerunkiem starej, brzydkiej jędzy, kucającej na piersi sparaliżowanej osoby i czasami duszącej ofiarę. Chińczycy mówią o gui ya, czyli nacisku ducha, gdy zjawa siada na śpiących i ich atakuje. W niektórych regionach Niemiec określa się takie duchy mianem Hexendrückem. Daleko, w Indiach Zachodnich, znana jest kokma - mały duch, który podskakuje na piersi śpiącego i chwyta go za gardło. W starożytnej Japonii za paraliż przysenny obciążano odpowiedzialnością ogromnego demona. W wielu językach istnieją słowa, określające złośliwe nocne duch i mające wspólne pochodzenie: czeskie muere, polska zmora, rosyjskie kikimora, francuskie cauchemar, staroangielskie maere i pranordyjskie mara.

W dawnych czasach ludzie, którzy często doświadczali stanu między snem a jawą, stawali się szamanami i twierdzili, że potrafią dotrzeć do świata duchów. Tymczasem poczucie czyjejś obecności, strach, omamy słuchowe i wzrokowe są zdaniem naukowców wynikiem przejścia mózgu do stanu zwiększonej czujności, spowodowanego przez procesy w śródmózgowiu, których normalnych zadaniem jest rozstrzyganie niejednoznaczności związanych z zagrożeniem. (Jestem ciekawa ile osób dziś spokojnie zaśnie…) Tak, więc możemy spekulować czy duchy istnieją naprawdę, czy też są wytworem naszej wyobraźni…

Kiedyś, dawno temu, świat nieskażony i rzadko zaludniony, zamieszkiwały liczne duchy, duszki i bóstwa. Gnieździły się właściwie wszędzie: w żywiołach - ogniu, wodzie, powietrzu i ziemi; w przyrodzie - w górach, skałach, jeziorach, lasach i drzewach. Obecne były w gwiazdach, w wietrze, w piorunach, niektóre wcielały się w zwierzęta i ptaki, inne w ludzi. Zasiedlały ludzkie domostwa i gospodarskie zagrody. Jedne opiekowały się inwentarzem, członkami rodziny, pomagały w polu, w pracach domowych, w polowaniu i w walce, inne szkodziły i psociły ile wlazło: plątały przędzę, wypijały mleko, kradły kury, łamały koniom nogi, wciągały wędrowców do bagna, nasyłały szarańczę, choroby i wojny.

Każda kultura miała swoje bóstwa i demony, także nasza – polska, słowiańska. Chrześcijaństwo potępiało rodzime duchy, usiłując wtrącić je do chrześcijańskiego piekła. Ale część z nich przetrwała w nazwach, przysłowiach, zwyczajach ludowych, przesądach i legendach. Nie ukrywam, że kultura słowiańska jest fascynująca. Poniżej znajduje się krótka charakterystyka najciekawszych słowiańskich duchów i demonów:
• Boginki lub Mamuny - zamieniały malutkie dzieci na "odmieńce" i "podrzutki". Szkodziły też kobietom w ciąży. Na wszelki wypadek powinno się wiązać noworodkowi czerwoną kokardkę na rączce. Mamuny mieszkały w lasach i były porośnięte rudym włosiem na całym ciele.
• Latawiec i latawica - To zwykle dusze wisielców i straconych złoczyńców. Demony te miały pieczę nad zjawiskami atmosferycznymi. Osobliwie gustowały w wirach i trąbach powietrznych, zaś odmiana zwana "płanetnik" uwielbiała urządzać gradobicia i oberwania chmury. Naturalnie ze szkodą dla ludzi. Demony te były z gatunku złośliwych, ale w sumie mało groźnych. Co więcej można je było "obłaskawiać" za pomocą specjalnych zaklęć czy modlitw albo obfitego poczęstunku i wtedy demon taki wręcz sprzyjał wybranym ludziom. Dość często bywał to młynarz, któremu latawica dmuchała odpowiednio w skrzydła wiatraka, jednocześnie zabierając wiatr konkurencji.
• Licho – zły demon lasu.
• Nimfy, Świtezianki, Syreny, Wodnice - pięknymi ciałami, śpiewem i obietnicami wabiły w odmęty wodne tak młodzieńców jak i nieszczęśliwe dziewczyny.
• Nocnica - męczy nocą dzieci, stąd ich płacz. Aby się jej pozbyć można zawołać na pomoc Faunę - leśną babę; niestety dotyczy to tylko mieszkańców wsi.
• Omamy - zamieszkiwały tereny bagienne i podmokłe. Błędnymi ognikami zwabiały ludzi na moczary i topiły.
• Płanetnicy - przybywali wraz z ulewą na chmurze deszczowej. Płanetnicy nie szkodzili ludziom. Można ich było poznać po wodzie zawsze cieknącej z kubraków lub z warkocza.
• Południce - zjawiały się w samo południe na polu, powodując wiry powietrzne i gniotąc zboże. Niekiedy porywały dziecko zostawione bez opieki albo mordowały dorosłego, który zasnął na miedzy. Południce powstają ze zwłok ofiar zabójstw, wypadków i samobójstw, których ciała nie zostały pogrzebane, ani ukryte. Bez wyjątku pałają nienawiścią do żyjących, nie ma znaczenia czy kieruje nimi chęć zemsty, zazdrość, czy żal.
• Rusałki leśne - zwodziły wędrowców i zamęczały ich na śmierć łaskotaniem.
• Śmierć - występowała pod postacią kobiety odzianej w białą chustę. Człowiekowi niekiedy udawało się ją oszukać, np. przestawiając łóżko ciężko chorego (gdy śmierć stała już u jego wezgłowia).
• Strzyga, strzygoń - były to duchy, upiory zmarłych, mogące zarówno szkodzić ludziom jak i pomagać swojemu rodowi. Wspaniały opis interwencji strzygi w obronie rodu znajduje się w trylogii "Krzyżowcy" Zofii Kossak - Szczuckiej. Rycerz, który wezwał na pomoc Strzygę, wiedział, że musi zapłacić za to śmiercią.
• Trzybek – to demon, który roznosił po świecie zarazy i morowe powietrze.
• Ubożę – duch domowy.
• Utopce - to złośliwe istoty wciągające ludzi do bagna lub w topiel wodną. Szczególnie zawzięte są na pijaków, wracających wieczorami z karczmy drogą koło stawu, czy rzeki. Niekiedy przybierały postać konia, niby niewinnie pasącego się nad rzeką.
• Zmora, mara - dusza wychodząca z człowieka podczas snu. Nęka i dusi inne osoby siadając im na piersiach, niekiedy zaś wysysa z nich krew. Zmory można się pozbyć obiecując jej coś do jedzenia; wówczas następnego dnia zgłosi się po nie, pod postacią milczącej żebraczki. Pomagają też rozsypane koło łóżka nagietki.
• Wodnik - władca jeziora, stawu, strumienia, rzeki, a nawet kałuży. Wodnik siedział w wodzie i albo puszczał bąbelki, albo topił ludzi. Każdy, kto chciał się wykąpać musiał mu złożyć jakąś daninę, np. czarną kurę albo garść grochu.

.:: Czarny pies z Ogrodzieńca ::.

W pobliżu miasteczka Ogrodzieniec, na szczycie Góry Zamkowej (504 m n.p.m.), w fantastycznej scenerii poszarpanych i przedziwne kształty przybierających skał wapiennych, wznoszą się największe w Polsce, a drugie bodaj co do wielkości w Europie, ruiny starego, gotycko-renesansowego zamczyska. Była to niegdyś gotycka warownia, wzniesiona w XIII - XIV wieku, rozbudowana w stylu renesansowym w wieku XVI przez Bonerów. Ocalały z niej ruiny trójskrzydłowego kompleksu mieszkalnego, trzy baszty, brama wjazdowa i fragmenty muru obronnego. Po drugiej wojnie światowej zabezpieczono zespół zamkowy jako trwałą ruinę. Malownicze to miejsce. Mury tak zespoliły się tutaj ze skałą, że z dala nie rozpoznasz, co tu jest tworem natury, co dziełem ręki ludzkiej. Malownicze, ale i straszne. O ruinach tych wiele, bowiem opowiedzieć mogą mieszkańcy dochodzącej niemal pod same zamkowe mury osady Podzamcze. Owo Podzamcze, od czasów reformy administracyjnej (1975) dzielnica miasta Ogrodzieniec, to 46 zagród, restauracja „Pod Zamkiem”, dom wycieczkowy PTTK, kapliczka i - na tym koniec. W nocy jednak Podzamcze staje się widownią dziwnych wydarzeń, których bohaterem jest ogromny, czarny pies. Pies ten, znacznie większy od jakiegokolwiek zwykłego wilczura czy nawet bernardyna, ciągnie zawsze za sobą długi na trzy metry, brzęczący na wybojach łańcuch i niezmiennie zmierza ku zamkowym murom. Że nie jest to zwykłe zwierze świadczy fakt, że opowieści o owym psie przekazywane są w Podzamczu z pokolenia na pokolenie. Widywali owo tajemnicze stworzenie ojcowie i dziadkowie obecnych gospodarzy, przed pierwszą, a nawet przed rosyjsko-japońską wojną. Widywali go dzisiejsi staruszkowie, gdy jako chłopcy jeszcze chodzili nocami pasać konie na dworskiej koniczynie. Wspominali oni, że nocą żaden koń nie ośmielił się przejść zamkowej bramy, choć rozciągający się za nią zewnętrzny dziedziniec to kilka morgów znakomitej, soczystej trawy.

Relację o ogrodzienieckim Czarnym Psie przekazał nam jeden z miejscowych rolników. - Było to chyba w roku 1963, w sobotę 25 lipca, bośmy się następnego dnia na odpust do Giebła wybierali. Chcieliśmy wspólnie z sąsiadem wygnać krowy na pastwisko już nocą, żeby z samego rana móc pójść na odpust. Była już chyba jedenasta wieczorem, może nawet później, tyle że jasno było, bo księżyc wyraźnie świecił. Najpierw poszliśmy do mojej obory (moja chałupa bliżej zamku stoi) i wówczas, nim weszliśmy we wrota, zobaczyłem ogromnego czarnego psa. Strachliwy nie jestem i psów się nie boję, ale jak zobaczyłem, że ten diabeł ciągnie za sobą łańcuch i biegnie do zamku, to zaraz zacząłem uciekać. Sąsiad też uciekał. Tej nocy już żeśmy tam nie wrócili i krów na pastwisko nie wygnali. Odszukaliśmy drugiego świadka owych wydarzeń, który w całej rozciągłości potwierdził opowieść, z tą różnicą, że jego zdaniem było wtedy później, prawie dochodziła północ (opowiada, że gdy znalazł się w domu było dobrze po północy), a także, że pies ukazał się gdy już otworzyli drzwi obory i że najpierw zatrzymał się, a dopiero potem pobiegł uliczką w górę. Obaj nasi rozmówcy nie kontaktowali się ze sobą przed naszą indagacją, a więc wykluczyć można jakiekolwiek celowe zmyślanie. Zresztą o Czarnym Psie mówią także i inni mieszkańcy Podzamcza. Wspominają oni wydarzenie, które na wszystkich wywarło niemałe wrażenie. Otóż pewnej nocy do ogrodzienieckiego zamku przyjechało „taksówką” (czyli samochodem osobowym) jakieś towarzystwo z miasta - dwóch panów i jedna pani. O dwunastej w nocy ludzie mieszkający najbliżej murów usłyszeli dobiegający z tamtej strony krzyk kobiecy, po czym ujrzano, jak mężczyźni wynosili do samochodu zemdloną swą towarzyszkę. Od tej pory nikt na zamek nocą się nie zapuszczał. Zreasumujmy tedy suche fakty: Czarnego Psa ogrodzienieckiego widziało zbyt wiele osób, by można tu mówić o jakiejkolwiek próbie świadomego wprowadzania rozmówców w błąd. Pies ten, w niezmienionej postaci, pojawia się od co najmniej kilkudziesięciu lat (taki w każdym razie okres obejmują pewne relacje), a zatem - zważywszy, że psy żyją najwyżej kilkanaście lat - nie może tu wchodzić w grę błąkanie się w tej okolicy jakiegoś bezpańskiego zwierzęcia. Symptomatyczne są ponadto relacje o zachowaniu się koni wypasanych na dworskiej koniczynie (historię o nocnych odwiedzinach zamku pomijamy tu, jako nie w pełni sprawdzoną, nie udało nam się bowiem odszukać uczestników owej wyprawy). Słowem, wyjaśnienia tajemniczego zjawiska poszukiwać trzeba w historii ogrodzienieckiego zamczyska, a także w literaturze poświęconej manifestacjom sił nadprzyrodzonych. Pierwsi znani historii posiadacze Ogrodzieńca to potężny w średniowiecznej Polsce ród Włodków. W 1414 roku Baltazar Włodek piszący się już z Ogrodzieńca posłował w imieniu Jagiełły do Krzyżaków. Inny Włodek ogrodzieniecki poległ w bitwie pod Chojnicami. W 1470 roku ród ten podupadł i za sumę ośmiu tysięcy florenów auri puri Ogrodzieniec wraz z dwoma miastami i kilkoma wsiami sprzedany został bogatym mieszczanom krakowskim, Ibramowi i Piotrowi Salomonowiczom, a potomkowie ich w roku 1523 sprzedali zamek jednemu z najbogatszych ludzi ówczesnej Polski, świeżo uszlachconemu bankierowi królewskiemu, burgrabiemu zamku wawelskiego, Janowi Bonerowi. Jego synowiec piszący się już Seweryn Boner na Ogrodzieńcu i Kamieńcu pan i dziedzic, wzniósł tu wspaniałą renesansową rezydencję, która przepychem zaćmić miała wszystko, co do tej pory w Polsce zbudowano i w ten sposób dodać blasku nie pokrytemu jeszcze patyną wieków klejnotowi rodowemu. Ruiny tego właśnie pałacu oglądać dziś możemy wśród skalnych ostańców. Rezydencja Bonerów nie była zamkiem warownym. Liczne mury, bramy i baszty pełniły jedynie funkcję dekoracyjną w okresie, gdy na polach bitew coraz większego znaczenia nabierały muszkiety i artyleria. Tak czy inaczej, ogrodzieniecka rezydencja Bonerów wzbudzała powszechny podziw. Cesarz Ferdynand I nadał właścicielom państewka ogrodzieniecko-zamienieckiego nieznany wówczas tytuł barona.

Nowy baron Seweryn Boner, nie miał jednak męskiego potomka, któremu mógłby przekazać tytuł i dobra. Jako wiano jedynej jego córki Zofii, Ogrodzieniec przeszedł w ręce wojewody lubelskiego Jana Firleja herbu Lewart. W ręku Firlejów pozostawał Ogrodzieniec przez lat ponad sto. W roku 1669 Mikołaj Firlej odstąpił Ogrodzieniec wraz z kilkoma wsiami i górami srebrnymi Olkuszowi przyległymi, za 267 tysięcy złotych polskich, kasztelanowi krakowskiemu Stanisławowi Warszyckiemu. Zatrzymajmy się chwilę nad tą postacią. W siedemnastowiecznych źródłach historycznych Stanisław Warszycki wymieniany jest często. Pan ogromnej fortuny, pierwszy dostojnik Rzeczypospolitej, nigdy nie poddał się Szwedom, od początku do końca „potopu” stojąc wiernie u boku Jana Kazimierza. Wraz z księdzem Kordeckim bronił Częstochowy, a jego rodowe gniazdo Danków, to jeden z niewielu skrawków Polski, na którym nigdy nie stanęła noga żołnierza Karola Gustawa. Ponadto słynął Warszycki jako zapobiegliwy gospodarz, sprowadzający do swych włości cudzoziemskich rzemieślników, dbający wielce o rozwój rzemiosła i rękodzieła. Słowem, gdyby zawierzyć oficjalnej historiografii - postać świetlana. A jednak, tu i ówdzie współcześni wspominają, że charakteru był nielekkiego, a dla poddanych nie był bynajmniej ojcem. W okolicy Dankowa, jego rodowej siedziby, z uporem krąży legenda, że ów obronny dwór, którego zdobyć nie mogli Szwedzi, wzniesiony został z potu i krwi poddanych. Również krew i łzy skrapiały każdy talar legendarnych bogactw, które później jako wiano córki Warszyckiego, Barbary, dostały się w ręce Męcińskiego i zdeponowane zostały właśnie w Ogrodzieńcu. O skarbach tych przez wiele lat krążyły niezwykłe wręcz legendy, jednak większość ich, jak się wydaje, przewieziona została w końcu XVIII stulecia do klasztoru na Jasnej Górze. Na zewnętrznym dziedzińcu ogrodzienieckiego zamku zachowała się grota zwana „męczarnią Warszyckiego”. To w tej właśnie grocie pan kasztelan osobiście nadzorował torturowanie opornych poddanych. Sprzeciwu zresztą nie znosił z żadnej strony i pewnego dnia kazał na oczach całej służby wychłostać na dziedzińcu zamkowym swą żonę. Sam z lubością ponoć wsłuchiwał się w jęki nieszczęśliwej. Uporczywa jest także szeroko rozpowszechniona zarówno w okolicach Dankowa jak i Ogrodzieńca legenda, że Warszycki nie umarł śmiercią naturalną, lecz za życia porwany został przez diabły do piekieł. Zastanówmy się, zatem, czy fakty te - zestawione ze sobą - nie stanowią ciągu przyczynowo - skutkowego? Znany z wybuchowego charakteru i wsławiony okrucieństwami wobec poddanych pan i czarny, ciągnący za sobą długi łańcuch pies? Grasse w swej Bibliotheca Magica et Pneumathica (Leipzig 1843) stwierdza, że na terenie Szwabii i Turyngii znane były wypadki, kiedy to osoby słynące za życia z okrucieństwa, po śmierci przemieniały się w zwierzęta, najczęściej właśnie w psy. Czyżby, zatem zagadka Czarnego Psa z Ogrodzieńca w ten sposób mogła być wytłumaczona? Po bodaj dziesięć lat trwających pracach konserwatorskich, ruiny zamku w Ogrodzieńcu zostały w roku 1973 uroczyście udostępnione zwiedzającym, w postaci tzw. trwałej ruiny. Działacze PTTK z Zawiercia planują stworzenie w zamku małego muzeum (czy powstało? pewnie nie). Być może Czarny Pies, który wypłoszony pracami budowlanymi przez ostatnie lata nie pojawiał się tutaj, znów w najbliższym czasie rozpocznie swoje conocne wędrówki. Zainteresowanych informujemy, że podobno pojawiał się na polach przyległych do murów zamku między godziną 22.30 a 24. W Podzamczu warto obejrzeć zabytkowe chaty i barokową kaplicę, w Ogrodzieńcu - barokowy kościół z 1787 roku o rokokowym wystroju wnętrza oraz obmurowane źródła Czarnej Przemszy.


.:: Tajemniczy rumak z Chęcin ::.

Każdy, kto przejeżdżał warszawską szosą, musiał kilkanaście kilometrów za Kielcami dostrzec wznoszące się nad okolicą ruiny: trzy potężne, widoczne z dala baszty, wieńczące szczyt Góry Zamkowej. Zamczysko w Chęcinach wzniesiono na przełomie XIII i XIV wieku na najwyższym z okolicznych wzgórz, gdzie niegdyś płonęły słowiańskie wici. Królewską warownię rozbudowywano dwukrotnie: w XV i XVII wieku. W ciągu kilku stuleci pełniła ona kolejno rolę twierdzy, skarbca (Władysław Łokietek ukrył w zamkowej kaplicy skarb koronny przewieziony z katedry gnieźnieńskiej) i więzienia stanu. Tu właśnie oczekiwali na wykup krzyżaccy komturowie, wzięci do niewoli w bitwie pod Grunwaldem, a kilkadziesiąt lat później z zakratowanych okien królewskiej twierdzy patrzył smętnie na pejzaż Gór Świętokrzyskich niezwykle urodziwy dworzanin Władysława Jagiełły - Hińcza z Rogowa - więziony tu, ponieważ zbyt łaskawie spoglądała w jego stronę dwudziestoletnia żona siedemdziesięcioletniego władcy, Sonka. Był czas, gdy w Chęcinach zamieszkiwała królowa węgierska Elżbieta, siostra Kazimierza Wielkiego, a wdowa po Karolu Robercie. W 1607 roku pożar strawił zabudowania zamkowe. Odbudowano je wprawdzie, ale już w roku 1657 Jerzy II Rakoczy, książę siedmiogrodzki, złupiwszy Chęciny zdobył i zniszczył również zamek. Reszty dokonały wojska szwedzkie w 1707 roku. Zamek nie wrócił już nigdy do dawnej świetności. W ocalałych pomieszczeniach jednej z najpotężniejszych twierdz piastowskich mieściły się... sądy i kancelaria dworska. Wypalone mury rozebrano częściowo w 1795 roku. Dziś są to już tylko ruiny, których malowniczość przyciąga rzeszę turystów. Ocalały trzy baszty, część budynków i murów obwodowych. Do zamku można dojść dwiema drogami: jedną wygodną, szeroką, drugą - wąską i krętą, prowadzącą przez brzozowy zagajnik, a potem stromo wspinającą się na skały. Na tej właśnie ścieżce usłyszeć można tętent konia, pędzącego cwałem z Góry Zamkowej.

Z tym niezwykłym zjawiskiem akustycznym spotkali się dwaj nasi informatorzy: pewien plastyk-amator z Warszawy i uczeń liceum z Gdańska. Pierwszy z nich, w połowie października 1972 roku odwiedzał podczas urlopu co bardziej malownicze zakątki kraju. Zatrzymał się na kilka dni w Chęcinach, szkicując ruiny i widok z Góry zamkowej. Któregoś dnia, pod wieczór, schodziła nagle z góry, gdy naraz usłyszał odgłos przypominający tętent końskich kopyt. Obejrzał się - droga była pusta. Poszedł więc dalej. Po chwili znów usłyszał tajemniczy odgłos. Pewien, że drogą biegnie koń, usunął się na bok. Czekał chwilę - na próżno. Tajemniczy rumak nie pojawił się, mimo że tętent powtórzył się jeszcze dwukrotnie - po raz drugi zupełnie blisko. Nasz rozmówca przyznaje, że nie było to zbyt przyjemne wrażenie, tym bardziej, że zaczynało się już zmierzchać, a wokół - ani żywej duszy. Licealista z Gdańska uczestniczył w 1793 roku w obozie wędrownym, którego trasa wiodła przez Chęciny. W przeddzień wyjścia z Chęcin wybrał się pod wieczór z dwoma kolegami do zamku. W drodze powrotnej, gdy schodzili już stromą ścieżką ze zbocza Góry Zamkowej, usłyszeli wszyscy trzej wyraźny tętent galopującego konia. Zjawisko to powtórzyło się kilkakrotnie. Było to tym dziwniejsze, że nigdzie: ani w ruinach zamku, ani na łąkach u podnóża góry nie widzieli pasących się koni. Wrażenie było wręcz niesamowite. Nie wiadomo jak powstają dźwięki przypominające uderzenia końskich kopyt. Może źródłem ich są kamienie, toczące się szczelinami lub wymytymi przez wodę korytarzami w głębi wzgórza, zbudowanego z wapienia?


.:: Złowróżbne malowidła i nawiedzony dom ::.

Nowy Sącz poszczycić się może posiadaniem jednego z najciekawszych parków etnograficznych w naszym kraju. Na przedmieściu miasta, na stokach porosłych lasem wzgórz, stanęła... autentyczna dziewiętnastowieczna wioska z białym dworkiem, kapliczką przydrożną, kuźnią i kilkudziesięcioma chatami. Z czterech regionów ziemi sądeckiej przeniesiono tu najstarsze i najbardziej charakterystyczne dla ludowej architektury z tamtych stron budowle. Wyposażono je w oryginalne sprzęty, w dawne narzędzia rolnicze i zapomniane już przedmioty gospodarstwa domowego, którymi posługiwały się prababki.  Dbający o autentyzm etnografowie urządzili poszczególne zagrody w najrozmaitszy sposób: jest więc uboga chata komornika, jest dom wiejskiego szewca, pochylona chałupka babki-zielarki z ogródkiem, w którym rosną lecznicze rośliny; jest kuźnia, spichrze, są wreszcie zabudowania bogatych gospodarzy z jasnymi izbami, gdzie pękate pierzyny piętrzą się aż po belkowane stropy, rząd świętych obrazów podpiera powałę, a malowane skrzynie wypełniają wyprawne, ręcznie tkane ubiory i bele bielonego na słońcu lnianego płótna. O każdej z chat przeniesionych do skansenu etnografowie starali się zebrać jak najwięcej wiadomości, przeprowadzając wywiady ze starymi mieszkańcami wsi, w których je zbudowano. W taki właśnie sposób dwie pracownice parku trafiły do Wierchomli Wielkiej koło Piwnicznej, skąd przeniesiono do Nowego Sącza bogatą łemkowską zagrodę, zbudowaną w połowie ubiegłego stulecia. Obejście to otaczała w okolicy ponura sława miejsca nawiedzonego. Podobno przed wieloma laty, być może jeszcze w ubiegłym wieku, któryś z właścicieli zginął tragicznie, czy popełnił samobójstwo. Odtąd w chacie słychać było dziwne stukoty i trzaski, czasem dźwięczały szyby, a sprzęty przesuwały się przez izby... Zagrodę rozebrano i przewieziono do Nowego Sącza. Na podstawie dokładnego wywiadu starano się odtworzyć jak najwierniej wyposażenie łemkowskiej zagrody. Kiedy w izbach stanęło już wszystko na swoim miejscu, chatę zamknięto na klucz. Gdy po kilku dniach pracownicy parku weszli do urządzonego z taką pieczołowitością wnętrza, zobaczyli, że większość mebli jest odsunięta od ścian, a niektóre drobne przedmioty leżą porozrzucane w nieładzie na podłodze. Czyżby wierchomlański duch przybył tu razem ze swoją chatą i "poprawiał" teraz etnografów? W jakiś czas potem stróż nocny parku, człowiek wcale nie skory do jakichkolwiek przywidzeń, obchodząc zabytkową wioskę zobaczył na kamiennych schodkach przed tą właśnie chatą skulony ciemny kształt, przypominający zgarbionego człowieka, siedzącego z twarzą ukrytą w dłoniach. Gdy podszedł bliżej usłyszał jakby stłumiony płacz. Zjawa nie odpowiedziała na jego pytania, tylko zniknęła...

Z siedemnastowiecznym modrzewiowym dworkiem szlacheckim, przeniesionym do parku etnograficznego ze wsi Rdzawa koło Bochni, wiąże się również ciekawa i niesamowita opowieść. Dwór ten pierwotnie należał do dóbr klasztornych - dzierżyli go kanonicy regularni, a największa z komnat służyła im za domową kaplicę. Ściany jej pokrywały wówczas freski namalowane w stylu późnego baroku, a przedstawiające sceny z Nowego Testamentu i żywotów świętych. Kiedy za czasów cesarza Józefa II zakon rozwiązano i posiadłość przeszła w ręce świeckie, freski zniknęły pod warstwą tynku, a dawna kaplica stała się salonem. Po stu latach z górą, z początkiem naszego stulecia, w czasie remontu dworu zapomniane freski wyjrzały spod nawarstwień kolejnych przemalowań i zachwyciły ówczesną właścicielkę Rdzawy. Chcąc obejrzeć malowidła w całej okazałości kazała delikatnie zdjąć warstwę tynku. I wtedy właśnie w załomie muru znaleziono deszczułkę z wyblakłym napisem: Te malowidła przynoszą nieszczęście. Już po niedługim czasie posiadacze dworu skłonni byli uwierzyć, że napis mówił prawdę: dla szczęśliwej dotychczas rodziny nadszedł czas wielkich zmartwień. Być może właśnie, dlatego, w kilka lat później freski znów zniknęły pod białą farbą. Zainteresowano się nimi dopiero w latach sześćdziesiątych, kiedy zaczęto restaurować zabytkowy dwór. Być może był to zbieg okoliczności, ale niedługo po przeprowadzeniu prac konserwatorskich w dawnej kaplicy kanoników, profesor czuwający nad renowacją zginął tragicznie. Czyżby fakt ten można było wiązać z ponownym odkryciem złowróżbnych malowideł na ścianach rdzawskiego dworu? Sądecki park etnograficzny z każdym rokiem stawać się będzie ciekawszy - niedawno do zabytkowej wioski przeniesiono stary kościółek, który dotychczas stał w Cerekwi koło Bochni i równie wiekową cerkiewkę z okolic Sącza. Warto, więc odwiedzić Nowy Sącz, aby poznać dawne budownictwo drewniane z tych okolic, zanikające już zwyczaje regionalne związane z różnymi porami roku i wydarzeniami z życia wsi: poszczególne chaty w skansenie ustrojono tak, jak ongi przybierano je w dzień Wigilii, zapustnych zabaw, wesel, chrzcin, a nawet pogrzebu. Zwiedzając park zwróćcie uwagę na złowróżbne freski w salonie dworku i nawiedzaną łemkowską chatę..


.:: Rycerz z Melsztyna ::.

Na szczycie najwyższego z łagodnych wzgórz, schodzących nad brzeg Dunajca, wznosił się za czasów Łokietka niewielki warowny gródek - jedna z fortec strażniczych, broniących szlaku handlowego i wojennego, wiodącego doliną Dunajca. Kilkadziesiąt lat później, około roku 1340, kasztelan krakowski, Spycimir Leliwita, Spytkiem zwany, wybudował w tym miejscu ogromny zamek. Spycimir Leliwita, gorliwy stronnik Łokietka z czasów walk o zjednoczenie państwa polskiego, cieszył się życzliwością zarówno króla Władysława jak i jego syna, Kazimierza Wielkiego. Łokietek nadał mu godność wojewody i urząd kanclerza, Kazimierz - powierzył zarząd królewskiego skarbu. Syt zaszczytów i chwały Spytek zadbał o powiększenie swych dóbr. Kazał karczować lasy nad rzeką Białą i Dunajcem, a na wydartych puszczy ziemiach osiedlał osadników. Na 10 lat przed wzniesieniem rodowej siedziby w Melsztynie, nadał prawa miejskie osadzie zwanej Tarnów, dając jej swój własny herb Leliwa: półksiężyc z gwiazdą na błękitnym polu. Syn przyjaciela dwóch królów - Jan - poszedł w ślady ojca. Za czasów Kazimierza doszedł do najwyższej godności w Polsce - był kasztelanem krakowskim. Pomnożył też rodzinne dobra; umierając przekazał swemu synowi 3 miasta i 32 wsie. Trzeci z rodu, Spytko II Leliwita, miał sławą i znaczeniem przyćmić splendory ojca i dziada. Nie doszedł jeszcze do lat osiemnastu, kiedy mianowano go wojewodą krakowskim. Za zasługi przy wprowadzeniu na tron Jadwigi otrzymał liczne włości na Śląsku i część Podola jako lenno. Jakby nie dość jeszcze było tych zaszczytów, poślubił najpiękniejszą i najbogatszą dwórkę królowej - Elżbietę, córkę wielkorządcy Siedmiogrodu Emeryka Laczkwi. Ten, ponoć szczęśliwy, związek trwał lat dwanaście. W roku 1399 Spytko zginął w bitwie z Tatarami pod Worsklą, a wdowa opłakawszy męża poślubiła śląskiego Piasta, księcia ziębickiego Jana. Dwie córki Spytka Elżbieta wydała za mąż równie świetnie. Obie sięgnęły po książęce mitry: Jadwiga została żoną Bernarda, księcia na Niemodlinie, a Katarzyna złączyła swoje losy z Januszem II Młodszym, władcą części Mazowsza. Melsztyn i okoliczne dobra przeszły na synów: noszącego rodowe imię Spytka IV i jego brata Jana, który w młodym jeszcze wieku poległ w walkach z Turkami pod Gołubcem. Spytko IV ożenił się z Beat ryczą, córką wielkopolskiego magnata Dobrogosta z Szamotuł - jednego z pierwszych Polaków, którzy zostali wyznawcami Jana Husa.

Młoda para przebudowała zamek w 1461 roku, nadając mu charakter wielkopańskiej rezydencji. Pod wpływem teścia i żony pan na Melsztynie skłaniać się zaczął ku nauce czeskiego reformatora, co wywołało niechęć wielu duchownych. Kiedy po śmierci Jagiełły na tron wstąpić miał syn jego, małoletni Władysław, a biskup Oleśnicki stanąć u jego boku jako pierwszy doradca, Spytko sprzeciwił się temu. Wszechwładny biskup zagroził rzuceniem nań klątwy z powodu wyznawania nauki Husa. Wrogość pomiędzy panem z Melsztyna a biskupem wzrosła i zakończyła się utworzeniem w 1439 roku konfederacji, zawiązanej w Nowym Mieście Korczynie, a mającej na celu "naprawić szkody wynikłe z winy młodego wieku króla Władysława i zgubnego wpływu jego złożonej z prałatów rady". Wynikiem konfederacji była bitwa pod Grotnikami (1439 r.), w której Spytko i jego stronnicy ponieśli klęskę. Nad ciężko rannym rycerzem odprawiono sąd, ogłaszając go zdrajcą. Ciało nieszczęsnego, odarte ze zbroi i szat, leżało przez trzy dni na polu walki, zanim wdowie i dzieciom zezwolono je pogrzebać. Trzeba przyznać, że biskup Oleśnicki nie mścił się na żonie i potomkach swego adwersarza. Zwrócił im obłożone sekwestrem dobra, a gdy wdowa i synowie Spytka wyrzekli się "husyckich błędów", zajął się ich losem. Młodzi Melsztyńscy gorliwie pokutować zaczęli za ojcowskie winy. Starszy, Jan, wybrał stan duchowny. Młodszy, Spytko V, chciał pójść w jego ślady, lecz uproszony przez matkę zrzucił suknię kleryka i poślubił, słynącą nie tyle z urody co cnót i pobożności, Katarzynę Giżycką. Był to ostatni okres świetności rodu. Spytko V gościł w Melsztynie ludzi nauki i sztuki. Pobożność nie przeszkadzała mu w gromadzeniu świeckich ksiąg i obrazów; przyjaźnił się z wieloma światłymi ludźmi z królewskiego dworu. Między innymi we Melsztynie przebywał przez rok kronikarz Jan Długosz, odsunięty w owym czasie od królewskich łask. Na Spytku V, a raczej na jego potomstwie, zakończyła się świetność rodu. Dwaj synowie zaprzepaścili ojcowską fortunę, a starszy z nich, Jan, sprzedał w 1511 roku zamek Melsztyn Jordanowi z Zakliczyna. Melsztyn przechodził później z rąk do rąk, w roku 1771 był fortecą konfederatów barskich, zdobyty i spalony przez wojska rosyjskie stał się ruiną zamieszkiwaną przez sowy, nietoperze i... zjawy.

Dziś na szczycie góry pozostała tylko kamienna wieża, część murów zamku i wejście do lochów, prowadzących ponoć aż do Zakliczyna. Jak opowiadają, na wąskiej, kamienistej drodze, wijącej się zboczem góry, spotkać można wieczorami postać konnego rycerza w zbroi, jadącego z rozwianym proporcem w kierunku zamku. Czasem znów da się słyszeć przybliżający się tętent kopyt oddziału konnego, a na murach zamkowych pojawia się zjawa kobiety w bieli. Pani Joanna O. z Warszawy, spędzająca wakacje w pobliskim Zakliczynie, wybrała się pewnego dnia ze swymi synami do Melsztyna. Spędziwszy dzień u stóp zamkowej góry, postanowili - jako że wieczór był ciepły, a noc zapowiadała się jasna - obejrzeć wschód księżyca ze szczytu wzgórza. Kiedy schodzili zapadł już zmrok. Naraz do ich uszu doszedł odgłos kopyt. Przypuszczając, że to któryś z okolicznych rolników prowadzi konia, spokojnie schodzili w dół. Nagle tuż przed nimi pojawiła się wyniosła postać mężczyzny w rozwianym ciemnym płaszczu, pędzącego na karym. koniu. Zaskoczeni cofnęli się na pobocze ścieżki. Jakież było ich zdumienie gdy postać - w ich oczach - jak gdyby rozwiała się w powietrzu.

OPOWIEŚCI O DUCHACH POLSKICH ZOSTAŁY ZAMIESZCZONE ZA ZGODĄ AKTORÓW.
 

LEKSYKON

* ANKOU: widmo śmierci, chodzące wraz z wózkiem i zbierające dusze niedawno zmarlych, występuje najczęściej w Anglii i Francji.
* BANSHEE: duch żeński, który zwiastuje śmierć członków niektórych irlandzkich i szkockich rodów. Tuż przed czyjąś śmiercią, Banshee zaczyna rozpaczliwie jęczeć i płakać Podobno Banshee ukazał się pewnemu Irlandczykowi przepowiadając śmierć prezydenta Stanów Zjednoczonych Kennedy'ego w 1963 roku.
* BARGUEST -pies-widmo, przynosi śmierć wszystkim, którzy go ujrzą. Jest to podobno wielki kudłaty, czarny zwierz o oczach jak spodki. Najczęściej widywany jest w pobliżu cmentarzy. Ma dysponować nadprzyrodzonymi mocami. Psy te widywano w wielu miejscach Anglii i Francji.
* Drugie ciało - 1 - Ciało wydzielone w stanie asomatycznym, będącym pierwszą fazą zjawiska eksterioryzacji (stanu egzosomatycznego). Drugie ciało w początkowym etapie powstawania jest niewidoczne, osoba ulegająca eksterioryzacji traci wówczas zdolność dotykania przedmiotów, ręce jej "przechodzą" przez ciała materialne. Przejście od stanu asomatycznego do drugiej fazy eksterioryzacji stanu parasomatycznego, a tym samym przejście wydzielonego ciała w ciało parasomatyczne jest bardzo płynne i zależy od warunków, w jakich się one manifestują. Niektórzy autorzy amerykańscy, np. Sylvan J. Muldoon (ur. 1902) i Robert A. Monroe (ur. 1915) sądzą że w obu przypadkach chodzi jedynie o stopień zagęszczenia energii, dlatego też drugi z wymienionych autorów uważa, że stanowi asomatycznemu towarzyszy wydzielenie tzw. Drugiego Ciała posiadającego określoną masę i ciężar. 2 - Ciało utożsamiane niekiedy z ciałem parasomatycznym.
* Duchy dobre - Ich naczelne cechy to: panowanie ducha nad materią i pragnienie dobra. Ich jakość i umiejętność praktykowania dobra mają związek ze stopniem rozwoju, który osiągnęły: jedne posiadają wiedzę, inne mądrość i dobroć, zaś te najbardziej rozwinięte odznaczają się wiedzą i przymiotami moralnymi. Ponieważ jeszcze zupełnie nie wyzbyły się one swej materialności, zawierają w sobie pewne ilości pozostałości życia cielesnego, które uwidaczniają się czy to w ich mowie, czy w obyczajach. Gdyby nie to, byłyby Duchami doskonałymi. Rozumieją one Boga i nieskończoność, i korzystają już ze szczęścia ludzi dobrych. Cieszą się z dobra, które czynią i w chwili, gdy uda im się zapobiec złu. Łącząca je miłość jest dla nich źródłem ogromnego szczęścia, którego nie zakłóca zazdrość, wyrzuty sumienia, czy jakiekolwiek z nieszlachetnych uczuć dręczących Duchy trzeciego rzędu. Jednak wszystkie one muszą przejść próby, by osiągnąć absolutną doskonałość. Jako Duchy tchną one w ludzi dobre myśli; zawracają ich ze złej drogi; ochraniają osoby, które zasługują na ich ochronę; likwidują wpływ Duchów niedoskonałych na osoby, którym wpływ ten nie odpowiada. Ludzie animowani przez te Duchy są serdeczni, nie znają nienawiści, zazdrości czy zawiści, czynią dobro z miłości do dobra. Do tego rzędu należą Duchy zwane popularnie dobrymi geniuszami, geniuszami opiekuńczymi, Duchami dobra. W dawnych czasach uznawano je za czyniących dobro bogów.
* Duchy dobroczynne - Ich główną cechą jest dobroć. Chętnie robią one przysługi i ochraniają ludzi, lecz ich wiedza nie jest szeroka; ich rozwój dokonał się bardziej w kierunku moralnym niż intelektualnym.
* Duchy erudycyjne - Wyróżnia je głównie zasób ich wiedzy. Zajmują się one nie tyle moralnymi, co naukowymi sprawami, w kierunku, których wykazują wiele zdolności. Traktują naukę jedynie z punktu widzenia jej pożyteczności, nie łącząc z nią pasji właściwych Duchom niedoskonałym.
* Duchy lekkomyślne - Są to Duchy niewykształcone, lubiące oszukiwać dla żartu, nieświadome konsekwencji swych czynów, kpiarsko usposobione. Mieszają się do wszystkiego, na wszystko mają odpowiedź, zupełnie nie przejmując się prawdą. Zabawiają się dostarczając niewielkich przykrości i niewielkich radości; wymyślają wyzwiska; przy pomocy żartów i oszustw wprowadzają w błąd tylko dla kawału Są one uzależnione od Duchów wyższych, wobec których spełniają funkcje służebne. Komunikując się z ludźmi używają mowy dowcipnej i żartobliwej, lecz prawie zawsze ogólnej. Wykorzystują one manie i śmieszne przywary niektórych osób, aby je napiętnować w sposób zgryźliwy i sarkastyczny. Przybierają sobie dziwaczne imiona, co czynią raczej dla zabawy niż ze złośliwości.
* Duchy najwyższe - Przeszły one wszystkie stopnie hierarchii i wyzbyły się wszystkich materialnych nieczystości. Osiągnąwszy doskonałość dostępną jakiemukolwiek stworzeniu nie muszą już doświadczać prób i cierpień. Nie musząc wcielać się w zniszczalne ciała, żyją wiecznym szczęściem w łonie Boga. Doświadczają niemożliwego do opisania szczęścia, ponieważ nie dręczą ich już potrzeby życia materialnego. Lecz szczęście to nie jest bynajmniej korzystaniem z jakiejś monotonnej bezczynności, doznawanej wiecznie. Duchy te są wysłannikami i współpracownikami Boga, którego polecenia wypełniają, by utrzymać harmonię we wszechświecie. Panują one nad wszystkimi Duchami niższymi od siebie; pomagają im w doskonaleniu się i wyznaczają im zadania. Cudownym zajęciem Duchów czystych jest wspieranie ludzi, gdy ci odczuwają ból, kierowanie ich ku dobru i ku odkupieniu błędów, które oddalają ludzi od najwyższego szczęścia. Duchy te nazywamy czasem ,Aniołami, Archaniołami, Serafinami.
* Duchy neutralne - Te nie są wystarczająco dobre, aby czynić dobro, ani wystarczająco złe, aby czynić zło. Przechylają się one na jedną lub na drugą stronę i nie wybijają się ponad przeciętność ludzką, czy to pod względem moralnym, czy intelektualnym. Czują się związane ze sprawami ziemskimi i tęsknią do banalnych uciech tego świata.
* Duchy nieczyste - Skłaniają się one ku złu i jest ono ich głównym zajęciem. Jako Duchy oddziałujące na ludzi czy to poprzez inspirację, czy w komunikatach na seansach spirytystycznych dają one zdradliwe rady, sieją niepokój i wzajemną nieufność. Nakładają wszelkie maski, by oszukać. Związują się z ludźmi o wystarczająco słabych charakterach, by czynić ich wykonawcami swych sugestii, mając na celu ruinę tych ludzi. Cieszą się, opóźniając rozwój tych nieszczęśliwców, którzy przegrywają we wszelkiego rodzaju próbach życiowych. Duchy tej klasy można stosunkowo łatwo rozpoznać w ich komunikatach przekazywanych na seansach. Przepojone są one trywialnością i brakiem delikatności w wyrażaniu myśli, co zarówno u Duchów, jak i u ludzi jest zawsze znakiem moralnej i intelektualnej niższości. Ich komunikaty ukazują nieszlachetność ich skłonności. Nawet, jeśli Duchy te używają mądrych mów by nas oszukać, w końcu zdradzają swe pochodzenie, bo nie potrafią odgrywać tej farsy przez dłuższy czas. Niektóre ludy uczyniły z nich złośliwych bogów; inne nazywają je demonami, złymi geniuszami czy Duchami zła. Ludzie animowani przez takie istoty wykazują skłonności do wszelkich niegodziwości, które z kolei procentują negatywnymi pasjami i cechami charakteru: lubieżnością, okrucieństwem, hipokryzją, chciwością, skąpstwem, zakłamaniem.
* Duchy niedoskonałe - Według spirytystów duchy, które charakteryzuje: skłonność ku złu, duma, egoizm i wszelkie wywodzące się z tych cech złe pasje, potrafią przekazywać jedynie fałszywe i niekompletne idee, wywołują zawiść i zazdrość wśród ludzi. Dzielą się na pięć podstawowych klas: 1 - Duchy nieczyste - skłaniają się ku złu i jest ono głównym przedmiotem ich zajęć. Jako duchy nakłaniają do nieprawości, sieją niepokój i wzajemną nieufność, nakładają wszelkie maski by oszukać. 2 - Duchy lekkomyślne - skłonne do oszustw, szyderczo nastawione, wtrącają się do wszystkiego, na wszystko mają gotową odpowiedź, zupełnie nie przejmują się prawdą, wprowadzają w błąd swoimi kłamstwami i żartami. 3 - Duchy pseudo-światłe - posiadają szerokie wiadomości, lecz na próżno wierzą, że wiedzą więcej niż jest w rzeczywistości. Przebija przez nie dufność, duma, zawiść i upór. 4 - Duchy neutralne - nie wybijają się pod względem intelektualnym, moralnym, czują się związane ze sprawami świata materialnego, za którym stale tęsknią. 5 - Duchy stukające.
* Duchy nieporządne - Właściwie klasa ta nie zawiera Duchów odznaczających się jakimiś specjalnymi cechami charakteru. Została ona wyodrębniona ze względu na ich specyficzne zachowania podczas seansów i manifestacji spontanicznych. Duchy te mogą równie dobrze należeć do takiej czy innej klasy trzeciego rzędu. Manifestują one swą obecność najczęściej przy pomocy efektów fizycznych, takich jak stukanie, ruchy i nienormalne przemieszczenia ciał bezwładnych, falowanie powietrza itp. Bardziej niż pozostałe Duchy wykazują swe przywiązanie do materii i zdaje się, że to właśnie one w wielu wypadkach wywołują liczne zmiany zachodzące na kuli ziemskiej, a to za sprawą posiadania umiejętności oddziaływania na powietrze, wodę, ogień i ciała stałe. Wszystkie Duchy potrafią wywołać tego typu zjawiska, lecz Duchy wyższe zwykle "zlecają" ich wykonanie Duchom niższe] kategorii, które są bardziej przydatne do spraw materialnych niż intelektualnych. Duchy wyższe korzystają z usług Duchów tej klasy.
* Duchy pseudo-światłe - Posiadają one szeroką wiedzę, lecz na próżno wierzą, że wiedzą jeszcze więcej. Posiadając pewne doświadczenie w niektórych dziedzinach nadają swym komunikatom poważny ton, co jednak wprowadza nas w błąd. Ich umiejętności i wiedza są najczęściej tylko uprzedzeniami i wyobrażeniami wyniesionymi z ich ziemskiego istnienia. Jest to pomieszanie kilku prawd z absurdalnymi błędami, przez które prześwieca zarozumiałość, duma, zazdrość i upór, od których Duchy te jeszcze się nie uwolniły.
* Duchy wyższe - Te ze swą wiedzą łączą mądrość i dobroć. Ich mowa wyraża iedynie serdeczność; jest zawsze godna i często przepiękna. Wyższość tych Duchów ponad innymi pozwala im na przekazanie nam właściwej wiedzy na temat spraw świata bezcielesnego, w granicach tego, co wolno człowiekowi wiedzieć. Chętnie porozumiewają się z ludźmi, którzy szczerze szukają prawdy i których dusze wystarczająco uwolnione są od ziemskich powiązań, by mogli oni tę prawdę pojąć. Odwracają się od tych, którzy wywołują je powodowani tylko ciekawością, czy od tych, którzy pod wpływem materii odchodzą od praktykowania dobra. Gdy wyjątkowo wcielają się na Ziemi, przybywają one spełnić jakąś misję, a dla nas są uosobieniem typu doskonałości, do jakiego dąży ludzkość na tej planecie.

 

AUTOR: SATANIST