URBAN LEGENDS - LEGENDY MIEJSKIE

CZYM STRASZĄ LEGENDY MIEJSKIE?

Baśnie z tysiąca i jednego miasta. Kiedy nastąpią nowe ataki terrorystów na USA? Czy Bin Laden jest reinkarnacja Adolfa Hitlera? Mimo rozwoju nauki nasze rozumienie świata opiera się coraz częściej na przesłankach irracjonalnych - do takiego wniosku można dojść poznając niesamowite teorie narosłe wokół wydarzeń ostatnich kilkunastu miesięcy. Są one efektem setek witryn internetowych o tajemniczych wydarzeniach, prasowych wzmianek - drwiących, i poważnych w tonie, a także historii przekazywanych z ust do ust. Niekoniecznie prawdziwych, ale zawsze wywierających wrażenie. Tak rodzą się legendy miejskie. Pogłoski o niepokojących wydarzeniach pojawiają się z nieznanego źródła i rozprzestrzeniają spontanicznie. Towarzyszą im zapewnienia: przytrafiło się to synowi kuzynki mojej dentystki, koleżance znajomego siostry. Zdanie: "To rzeczywiście spotkało przyjaciela mojego przyjaciela", uważane jest za motto takich wstrząsających historii. W 1968 folklorysta Richard Dorson nazwał je „Urban Legends” - legendami miejskimi. Obecnie, wykorzystując dezorientacje i strach Ameryki, uderzają one ze zdwojona mocą. Podatność, na ich siłę sugestii, rośnie, gdyż wypadki ostatnich tygodni trudno tłumaczyć racjonalnie.


WSPÓŁCZESNE MITOLOGIE

Legendy miejskie często próbują wyjaśniać zjawiska wywołujące strach, oswajać procesy niezrozumiale i tajemnicze dla szarych zjadaczy chleba. Czy NASA kontaktuje się z pozaziemską cywilizacją? Czy naukowcy, na usługach rządu USA, odkryli sposób na niewidzialność? Do miejskiego folkloru zalicza się szeroki wachlarz opowieści, począwszy od historii o duchach i wiecznie żywym Elvisie, a skończywszy na UFO i spiskowej teorii dziejów. Na tych współczesnych mitach żeruje m.in. Chris Carter w serialach Z Archiwum X i Millenium. Ceniony badacz legend miejskich, Jan Harold Brunvand z Uniwersytetu w Utah, uznał je za integralną cześć kultury anglosaskiej; jak wykazał, pierwotne wersje znanych legend funkcjonowały w niektórych przypadkach już od początku XX wieku. Jednak dopiero Internet rozpowszechnił je na wielka skale, popularyzując zwłaszcza opowieści wywodzące się z tradycji angloamerykańskiej. Wydaje się, że tam właśnie „Urban Legends” wywierają największy wpływ na zbiorowe emocje i przejawiają największe zróżnicowanie tematyczne. Zastąpienie przekazu ustnego elektronicznym, spowodowało rozszerzenie zasięgu i przyspieszenie rozpowszechniania się legend. Globalizacja przyniosła ich ujednolicenie. Szybko rozprzestrzenił się specyficzny rodzaj legend, najbardziej przerażający internatów: ostrzeżenia przed nowymi, bardzo złośliwymi wirusami, które niszczą wszystkie dane w komputerze. Skuteczność Internetu, jako przekaźnika wstrząsających historii, opiera się przede wszystkim na rzeszach łatwowiernych użytkowników - żółtodziobów, najmniej odpornych na siłę perswazji legendy. Emaile zawierają zazwyczaj wezwanie do działania: "ostrzeż przyjaciół", "wyślij wiadomość wszystkim, których znasz". Troskliwe prośby powodują błyskawiczne rozprzestrzenianie się opowieści w sieci. Po wydarzeniach w Nowym Jorku pojawił się nowy gatunek miejskich mitów: jego siłą napędową jest lęk, że w natłoku informacji przeoczone zostaną te najważniejsze. Wiele internetowych pogłosek związanych z wrześniowym terrorem opiera się na wierze, jakoby fundamentaliści sygnalizowali zamiar przeprowadzenia zamachów (np. na specjalnych stronach WWW), ale ich uprzedzenia lekceważono. W sieci krążyły też maile ostrzegające przed atakiem terrorystów planowanym na Halloween. Opowiadały historie narzeczonego pewnej Amerykanki, Afgańczyka, który z dnia na dzień zniknął, ale zostawił list odradzający korzystanie z samolotów 11 września i zakupy w centrach handlowych 31 października. W związku ze spełnieniem się pierwszej części przepowiedni, tajemniczy autorzy listu zawiadamiają o groźbie spełnienia się drugiej. Mimo zapewnień FBI, że zbadała sprawę, a list zawierający informacje to oszustwo, paniki nie opanowano. Niedawne ostrzeżenia przed terrorystycznymi atakami, planowanymi na Halloween, można zaliczyć do coraz większej grupy miejskich legend o litościwych zamachowcach, pragnących chronić potencjalne ofiary. Podobnie jak pojawiająca się w Internecie opowieść o Angielce, której uprzejme zachowanie wobec nieznajomego nagrodzono radą, by w określonym dniu unikała pobytu w Birmingham. Tajemniczy Brytyjczyk i afgański narzeczony z historii o Halloween uosabiają to samo: wiarę, że dobre uczynki i altruistyczna postawa wobec bliźnich zawsze będą docenione. Historie, w których drobna uprzejmość wobec obcego człowieka zostaje nagrodzona z nawiązką, istniały od lat w miejskim folklorze pod postacią legend o hojnych milionerach. Ich bohaterowie byli obdarowywani drogocennymi dobrami; w najnowszej wersji nagroda jest bezcenna, a mianowicie wiedza ratująca życie. Opisywane przez urban legends wydarzenia nie zawsze rozgrywają się w wielkich miastach, ale odzwierciedlają emocje i sposób myślenia współczesnego, wielkomiejskiego społeczeństwa. Modyfikacje historii o pacjentach, umierających co tydzień w pechowym, szpitalnym łóżku, o narkotykowych dilerach, szmuglujących kokainie w ciałach martwych niemowląt, albo o szczurach gnijących w daniach popularnych restauracji to mity na miarę naszych czasów, wyrażające ukrywane w podświadomości obawy. Brunvand uznał za głównych twórców i odbiorców urban legends ludzi wykształconych, mieszkańców wielkich metropolii, osoby młode - czyli grupy społeczne, skłaniające się ku racjonalizmowi, odrzucające myślenie magiczne i przesądy. Paradoksalnie, historie te odpowiadają na ich zapotrzebowania. Wynika to być może z lęku, ze kontrola intelektu zabija w nas poczucie pewnych wartości, które chcemy zachować. Miejskie legendy pozostawią się wiec poza krytyczną refleksją; zdając sobie sprawę z naiwności takich wierzeń, pragniemy równocześnie, aby ich moralne przekazy nie podlegały rozumowej weryfikacji. Często działa tez "efekt aureoli": wierzy się w legendy, bo źródło informacji budzi respekt. Urban legends są poparte autorytetem renomowanej prasy, publikującej je na swych lamach, a rozpowszechniający listy dodają mu wiarygodności przez dopisek (AP) lub (Reuters). W przypadku przekazu ustnego potwierdzenie historii wydaje się możliwe dzięki wrażeniu, ze świadek wydarzeń (ciocia narzeczonej kolegi kuzyna) znajduje się tylko kilka ogniw dalej.


POUCZENIA, GROŹBY, KARY

Podobieństwo urban legends do przekazu mitologicznego lub religijnego ujawnia się w ich pouczającym charakterze; niekiedy kończą się one morałem. W miejskich legendach, dotyczących zamachów terrorystycznych w USA, zaskakuje motyw potępienia materialistycznej kultury Zachodu. Najwyraźniej widoczny jest w pogłosce, że na zdjęciach płonących wież WTC można dostrzec oblicze szatana. To czytelna metafora: pożar objął symbole kapitalizmu i cywilizacji opartej na kulcie pieniądza, wizerunek diabła w szalejącym ogniu oznacza, ze były to miejsca jego władania. Miejskie legendy zrodzone w umysłach ludzi wychowanych w cywilizacji zachodniej, upodabniają się zatem przewrotnie do idei terrorystów-samobójców, popychanych nienawiścią do amerykańskiego systemu wartości. Przytoczona wyżej legenda jest przejawem typowego z psychologicznego punktu widzenia zachowania: panika prowadzi do odszukiwania portretów demonów na zdjęciach pokazujących śmierć i inne tragedie. Niezrozumiałe katastrofy przypisuje się chętnie ciemnym mocom, pozostającym poza człowieczą kontrolą. Interpretowanie dramatycznych wydarzeń jako zsyłanej przez siły wyższe kary, pozwala zachować wizje świata uporządkowanego, w którym nie ma miejsca na bezzasadne cierpienia. Łatwiej się pogodzić z tragediami, rozumianymi jako zasłużony odwet, wówczas, bowiem część odpowiedzialności za nie przejmują ich ofiary - niejako zasłużyły sobie na Boski gniew. To w pewnym stopniu wyjaśnia inna legenda miejska, związana ze zniszczeniem Pentagonu. Na zgliszczach miała być znaleziona nietknięta ogniem Biblia; historia jasno wskazuje, ku jakim wartościom powinna się zwrócić Ameryka. (W rzeczywistości nie było żadnej cudem ocalałej Biblii. Źródłem legendy stało się zdjęcie nietkniętej książki na zgliszczach Pentagonu, z tym ze był to potężnych rozmiarów słownik.) Cudowne wydarzenia pełnią w tego typu przekazach ważną rolę: przedział między dobrem i złem staje się czytelniejszy, gdy dokonują go siły nadprzyrodzone. Śmiertelna powaga nie zawsze jednak cechuje miejskie legendy. Często przeplątają się w nich elementy humoru i horroru. Nie wyklucza to wcale pouczającego charakteru urban legends. Śmiech może oddziaływać silniej niż strach, a ośmieszanie bywa jedyną bronią w walce z poczuciem bezsilności. Wisielczy humor cechuje rozsyłaną w mailach legendę miejską o Samie Bin Ladenie; nienawiść terrorysty do USA miałaby być jakoby konsekwencja złośliwej uwagi o jego przyrodzeniu, wygłoszonej dawno temu przez zaprzyjaźnioną Amerykankę. Ta opowiastka wpisuje się w szeroki nurt legend kpiących z ludzkich przywar, zwłaszcza z próżności. To jeden z najstarszych typów miejskich mitów. Chcecie być piękni, to cierpcie; ale wiedzcie, że pewna kobieta umarła po odwiedzeniu zbyt wielu solariów w krótkim czasie, a pewien mężczyzna udusił się, bo miał zbyt ciasne dżinsy. Zdarzyło się też, że pająk zaplątany w wymyślna fryzurę dziewczyny (inna wersja: w dredy pewnego luzaka) ugryzł jej posiadaczkę ze skutkiem śmiertelnym. Zmieszanie w legendzie elementów komicznych i tragicznych daje, jak widać, piorunujący efekt. Większość tych współczesnych mitów to rzeczy zmyślone od pierwszego do ostatniego słowa, ale czasami mają podstawę w faktach. Kto nie słyszał o chorym na raka chłopcu, Craigu, który marzy o dostaniu się do Księgi Rekordów Guinnesa i prosi o przesyłanie mu pocztówek? Craig jest obecnie studentem, cieszy się dobrym zdrowiem od prawie dziesięciu lat. Ale szpital, w którym leżał, wciąż dostaje tysiące kart pocztowych. Ostatnio furorę robi opowieść o innym, ciężko chorym chłopcu: w emailach o tytule "Solidaridad con Brian" przeczytać można apele o pomoc umierającemu Brianowi. Pomoc ma polegać na rozsyłaniu elektronicznego listu jak największej liczbie osób. To zadziwiające, jak wielu internautów wierzy w pozbawione sensu i logiki zapewnienie, ze email - łańcuszek może stać się cudownym lekarstwem na nieuleczalną chorobę. List o Brianie, wysyłany przez coraz to innych ludzi, znajduje w swojej skrzynce średnio raz w tygodniu. Fakt leżący u podstaw legendy może z czasem ulegać modyfikacji i obrastać w szczegóły zmieniające pierwotna historie w powiastkę z morałem. Osoby nieprzestrzegające społecznych konwencji i tych, którzy naruszyli tabu, spotyka nieuchronna zguba (np. kobietę przystrojoną w suknie, w którą wcześniej ubrano ludzkie zwłoki czekała śmierć). Zresztą urban legends dotyczą przeważnie tematów zakazanych: narkotyków, religii i polityki, seksu i śmierci, a najlepiej mieszanki tych elementów. Swego czasu popularne były w Internecie różne wersje opowieści o AIDS Mary oraz AIDS Johnie. John spędził noc z piękną nieznajoma, a rano odczytał napis szminka na lustrze: Witaj w świecie AIDS. Z kolei Mary zakochała się w czasie wakacyjnego wyjazdu; kiedy wracała do domu, ukochany wręczył jej pudełko. Zamiast oczekiwanego pierścionka zaręczynowego znalazła w nim kartkę: Masz AIDS. Śmiertelna choroba to wdzięczny temat miejskich legend - przedstawia się ją jako karę za rozluźnienie obyczajów i rezygnacje ze społecznie akceptowanych postaw. Jej widmo straszy przy każdej próbie odejścia od zastanego systemu wartości.


SKĄD WIESZ, CO JESZ?

Podstawowe uczucia, do których odwołują się miejskie legendy, to strach przed śmiercią i chorobami, industrializacja i technicyzacja oraz nieufność wobec obcych grup etnicznych, potężnych ludzi i organizacji. Zadatki na najszybciej rozwijającą się gałąź miejskich mitów maja widma technologicznych tragedii. Strach budzi nasza zależność od maszyn, które wymykają się spod kontroli i od ludzi, którzy nieumiejętnie posługując się zdobyczami cywilizacji wywołują tragedie. Stad historia pani sprzątającej w szpitalu, która podłączyła do prądu odkurzacz odłączając respirator oraz opowieść o policjantach, których radary doprowadziły do katastrofy samolotu. Pole do popisu wyobraźni daje tez dziedzina, od której odsuwa nas postęp cywilizacyjny i ciągły pospiech: przygotowywanie pożywienia. Nie zawsze wiemy, co ląduje w naszych żołądkach. Ta niewiedza uruchamia fantazje; wszystkie najsłynniejsze restauracje "fast food" mają swoje legendy-nieprawdziwe, ale i tak odbierające apetyt. Przyprawa z karaluchów to ulubiony motyw twórców fast - foodowych mitów. Za najciekawszą legendę miejską dotyczącą barów szybkiej obsługi można uznać historię o Frankenchicken, drobiowej odmianie monstrum Frankensteina. Zmodyfikowany genetycznie drób, posiadający np. trzy pary skrzydeł, miał wg niej zastąpić zwykle kurczaki na fermach KFC, a restauracja zaniechała z tego powodu używania słowa kurczak na określenie swych produktów. Wielka przyszłość można też rokować historiom żerującym na lekach przed obcymi grupami etnicznymi i różnego typu mniejszościami. Kilka miesięcy temu krążyła w Internecie legenda miejska wywodząca się z lat '60. i zanalizowana dokładnie przez Brunvanda. Ostrzega ona przed gangiem gwałcicieli, którego członkowie zakradają się na tylne siedzenia samochodów i atakują kobiety kierujące pojazdami. Legendę uznano za seksistowską: bezradna, bierna ofiara jest we wszystkich wariantach kobieta, natomiast czarny charakter i ewentualny wybawiciel (obydwaj obdarzeni zdecydowaniem, sprytem i siłą fizyczną) to mężczyźni. Jest tez inny podtekst: w większości wersji napastnik lub wybawiciel (który początkowo wydaje się ofierze podejrzany) ma czarny kolor skóry. Bywa tez opisywany jako odpychający w wyglądzie kierowca ciężarówki. Ukazuje to, wg Brunvanda, obawę białych przedstawicieli klasy średniej przed zagrażającymi bytowi społecznemu "intruzami". Legenda może zawierać krytykę irracjonalnej wrogości społecznej: wzorcowym zachowaniem w przytoczonym przypadku byłoby wysłuchanie ostrzeżeń potencjalnego wybawiciela, mimo ze kolor jego skóry wyzwala niechęć i nietolerancje.


WSZYSTKO SIĘ MOŻE ZDARZYĆ

Najbardziej ponuro robi się, gdy rzeczywistość zaczyna naśladować fikcje. Zycie potrafi dopisywać niespodziewane ciągi dalsze do zmyślonych dla siania przestrachu opowieści. Tak ma się rzecz z rzekomym "wirusem Klingermana", przed którym ostrzegały maile krążące w sieci juz w ubiegłym roku. Ten nieznany medycynie wirus miał atakować z tajemniczych niebieskich kopert, rozsyłanych w USA (poczta tradycyjna, nie elektroniczna). Ostrzegawcze listy opisywalny tragiczne skutki otwierania przesyłek z nadrukiem Fundacji Klingermana: wszystkie ofiary wirusa hospitalizowano, wiele z nich umarło. Po akcjach islamskich terrorystów takie proroctwa wydają się jeszcze bardziej przekonujące. Wirus Klingermana co prawda nigdy nie istniał - ale nieznane pocztowe przesyłki długo budziły w Ameryce panikę. Roznoszony ta droga wąglik potwierdzał słuszność strachu przed bronią biologiczna. Legendy miejskie brzmią czasem jak urzeczywistnienie najkoszmarniejszych snów obywateli globalnej wioski. Od dawna obecny był w nich motyw bezsilności wobec zmasowanego ataku ukrytych przeciwników. Szok po zamachach terrorystycznych proteguje uczucie bezbronności i podatność na przekazy legend. Projekcja zbiorowych lęków, jaka jest mit miejski, w kilku tragicznych przypadkach znalazła również odbicie w postaci działań naśladowczych. Przez wiele miesięcy powracały w USA ostrzeżenia przed strzykawkami zakażonymi HIV, umieszczanymi w kinowych fotelach. Później faktycznie zdarzył się przypadek umieszczenia tam igieł. Zazwyczaj jednak mity miejskie oddziałują w sposób mniej groźny - tak jak krążący w Internecie od września mail "cytujący" apel prezydenta Busha do amerykańskich kobiet. W związku z tym, ze muzułmańscy fundamentaliści uważają za grzech oglądanie nagich ciał, panie proszone są o wyjście w określonym dniu z domów w strojach Ewy. Zdemaskowani terroryści wezmą nogi za pas.

(powyższy tekst pochodzi ze strony www.uniwersytet.uw.edu.pl i został umieszczony za zgodą autorki, pani Katarzyny Andrejuk)
 

Martwy chłopak

Dziewczyna i jej chłopak udają się na randkę do lasu, jego samochodem. Kiedy zrobili to co mieli zrobić, chłopak wychodzi na chwile z samochodu celu oddania moczu na pobliskie drzewo. Dziewczyna zostaje i czeka na niego w samochodzie. Gdy po 5 minutach chłopak nie wraca, zaniepokojona dziewczyna wychodzi i patrzy w ciemny las. Po chwili zauważa mroczna postać mężczyzny, w której nie rozpoznaje swego chłopaka. Przerażona wsiada do samochodu i go odpala - w trakcie tej czynności słyszy dziwne skrzypiące drapanie po dachu samochodu, w końcu wciska pedał gazu i odjeżdża by powiadomić policje. Gdy po jakimś czasie wraca wraz z policja na miejsce, okazuje się, że powiesiła własnego chłopaka, który był związany lina a w momencie ruchu samochodu zawisł na drzewie. Drapanie w dach to były próby powiadomienia, dziewczyny by nie ruszała.

Opiekunka do dziecka

Małżeństwo wynajęło opiekunkę do dziecka na jeden wieczór. Nie zdawali sobie jednak sprawy, ze dziewczyna jest pod wpływem LSD. Gdy po paru godzinach nieobecności w domu zadzwoniliby upewnić się, że wszystko w porządku, dziewczyna odebrała telefon i poinformowali ich, ze wszystko jest świetnie a w tej chwili piecze indyka na kolacje. Dopiero gdy skończyli rozmawiać uświadomili sobie, ze nie mieli w domu indyka. Okazało się, ze dziewczyna upiekła ich dziecko.

Krwawa Mary

Opowieść mówi o tym, że jeśli staniemy przed lustrem i wypowiemy czasem 3 razy lub 5, 9 i 13 słowo Krwawa Mary, za każdym razem obracając się w około własnej osi a mówiąc patrząc w lustro, za ostatnim razem zjawi się Mary i zrobi nam kuku. Opowieść stara jak wynalazek lustra, wykorzystana przez twórców cyklu Candyman.


NASTOLATEK GINIE PODCZAS NIEUDANEGO TRICKU NA KOLEJCE STRACHU

To prawdziwa historia. (23 października 1990 roku, Chicago Tribune) 17-letni Brian Jewell udawał wisielca w "kolejce strachu". Miał na szyi pętle, którą zawiązano tak, że nie powinna się zaciskać. Kiedy przejeżdżały wagoniki, robił z szubienicy krok w dół udając, że wisi. Do tej pory trick udawał się za każdym razem. Operator kolejki zaniepokoił się dopiero wtedy, kiedy Jewell nie wypowiedział swojej kwestii, kiedy obok niego przejeżdżali kolejni amatorzy mocnych wrażeń. Kolejny taki śmiertelny wypadek miał miejsce 29 października w Charlotte w stanie North Carolina. 15-letni William Anthony Odom wraz z przyjaciółmi urządzał halloweenowe przyjęcie; w piwnicy u swojej ciotki urządził "nawiedzony dom". Znaleziono jego ciało pośród sztucznych pajęczyn i plastikowych nietoperzy, zwisające z szubienicy. W tym przypadku również pętla nie miała prawa się zacisnąć. Agencja Associated Press poinformowała w październiku 2001 roku o kolejnym wisielcu. 14-latek Caleb Rebh, który pracował w "kolejce strachu" w mieście Sparta w stanie Michigan, postanowił uatrakcyjnić swoja role. Był znudzony zwyczajnym wyskakiwaniem zza drzew i straszeniem przejeżdżających ludzi, wiec wpadł na pomysł zastąpienia szkieletu, który zwisał z pobliskiego drzewa. Założył sobie pętle na szyje, ale kiedy puścił sznur, gałąź wystrzeliła z powrotem do góry i pociągnęła go ze sobą - chłopak był za lekki. Inni pracownicy i odwiedzający nie pospieszyli mu od razu z pomocą, myśląc, ze tylko udaje. Kiedy zdjęli go z gałęzi i próbowali robić sztuczne oddychanie, było już za późno.


SZPILKI, IGŁY I ŻYLETKI ZNAJDOWANE W SŁODYCZACH DAWANYCH DZIECIOM

To również prawda, niestety. W odróżnieniu od prób otrucia podczas Halloween, te przypadki zostały dobrze udokumentowane. Zatrucie pokarmu to próba zabójstwa, natomiast igła czy inny ostry przedmiot np. w jabłku to próba okaleczenia lub przestraszenia ofiary. Niemal wszystkie przypadki znalezienia ostrych obiektów w słodyczach okazywały się plotkami. Reszta z nich to "dowcipy", które najczęściej jakieś dzieciaki robiły rodzeństwu lub innym dzieciom. W młodym wieku nie myśli się o konsekwencjach podobnych "zabaw", traktując je jako jeszcze jeden kawał z okazji Święta Duchów. Czasem jednak słyszy się o szaleńcach, rozdających dzieciom słodycze z "niespodziankami". I tak np. w 2000 roku w Minneapolis James J. Smith (lat 49) podczas Halloween rozdawał dzieciom Snickersy z igłami w środku. Jedno dziecko ukłuło się podczas próby ugryzienia batonika, ale na szczęście na tym się skończyło. Legenda o wkładaniu żyletek do jabłek najprawdopodobniej pochodzi z Kanady i wschodniego wybrzeża USA, gdzie pod koniec lat 60-tych zanotowano kilkanaście takich przypadków. W 1968 roku w New Jersey ustanowiono nawet specjalne prawo przeciwko umieszczaniu w jabłkach ostrych przedmiotów! Mimo tego, tego roku miało miejsce jeszcze przynajmniej 13 takich prób. W niemal wszystkich przypadkach ofiarami były dzieci, ale na szczęście w 75% przypadków nic im się nie stało. W następnych latach legenda się rozrastała - następne zgłoszenia okazywały się wyssane z palca. Histeria sięgnęła szczytu w 1982 roku. Nie był to dobry rok. Nie tylko wszędzie straszono żyletkami w jabłkach. Wówczas to w Chicago siedem osób zmarło po zażyciu pigułek tylenolu, które ktoś powlekli cyjankiem potasu. W tym samym czasie miały miejsce podobne przypadki zatruwania lekarstw i żywności. Różni szaleńcy zachęceni przykładem zaczęli bawić się w Boga.


SZALEŃCY ROZDAJĄCY DZIECIOM ZATRUTE SŁODYCZE.

Co do tej historii, nie ma pewności. W 1982 roku w miasteczku Somerdale, w stanie New Jersey 15 dzieci i 1 osoba dorosła rozchorowała się po spożyciu cukierków i ciasta na zabawie z okazji Halloween. Wg niektórych gazet w słodyczach wykryto ślady narkotyku PCP ("angel dust", czyli "anielski pyl"). Nie wiadomo, czy celem były wszystkie dzieci, czy może jedna osoba. Często tak się właśnie okazywało. Nie raz tez zatrucie było dziełem przypadku lub śmierć spowodowało cos innego, a nie trucizna. Miejska legenda o szaleńcach, rozdających dzieciom zatrute słodycze posłużyła tez innym do ukrycia własnych zbrodniczych zamiarów. W 1974 roku w Teksasie ośmiolatek Timmy O'Bryan został otruty cyjankiem przez własnego ojca, który poczęstował go cukierkiem. Aby upozorować atak szaleńca, Ronald O'Bryan podał zatrute słodycze także swojej córce i trójce innych dzieci. Los chciał, że żadne z nich nie zjadło tych cukierków. Mały Tim był ubezpieczony na sporą sumę pieniędzy, dlatego musiał zginąć. Ojcu udowodniono morderstwo i 31 marca 1984 roku wykonano na nim wyrok śmierci przez - nomen omen - wstrzykniecie trucizny. W 1970 roku 5-letni Kevin Toston zapadł w śpiączkę i następnie zmarł. Sekcja zwłok wykazała, że przedawkował heroinę. Słodycze zebrane przez niego podczas Halloween, jak się okazało, zostały posypane narkotykiem. Ten szeroko nagłośniony przypadek został przedstawiony jako przykład sadystycznego ataku. Prawda jednak okazała się bardziej prozaiczna. Jak wykazało śledztwo policji, chłopiec przez przypadek dostał się do torebki z narkotykiem, która należała do jego wujka. Rodzina, aby kryć wujka, posypała słodycze heroina. Jednak pierwszym odnotowanym przypadkiem próby otrucia podczas Halloween była dziwaczna sprawa Helen Pfail. Tą nowojorską "kurę domową" aresztowano w 1964 roku, oskarżając ja o podanie dzieciom zbierającym słodycze pastylek z trucizna przeciwko mrówkom. Zdenerwowana faktem, ze niektóre z dzieci zbierających słodycze były na to za stare, sporządziła dla nich paczki z takimi "specjałami", jak: ciastka dla psów, stalowa wełna i właśnie pastylki mrówkobójcze (które zresztą były wyraźnie oznaczone trupia czaszka). Zresztą ostrzegła te dzieci, że te pączki to kawał, wiec nikomu nic się nie stało. Mimo to postawiono jej zarzuty usiłowania morderstwa, za które otrzymała wyrok w zawieszeniu. Odnotowano również wiele przypadków śmierci w wyniku zatrucia lub ataku serca podczas Halloween, ale w żadnym z tych wypadków nie znaleziono śladów narkotyków czy innych niebezpiecznych substancji w słodyczach. W kilku przypadkach żartownisie dodawali marihuanę do batoników. Ponadto same dzieci prokurowały zatrute czekoladki, żeby nastraszyć rodziców. Oczywiście znały legendę o zatrutych słodyczach. I w taki sposób następuje samo spełnianie się przepowiedni.


GDZIEŚ W USA ZNAJDUJE SIE SŁYNNY 5-PIETROWY NAWIEDZONY DOM - TAK STRASZNY, ŻE JESZCZE NIKT NIE UKOŃCZYŁ JEGO ZWIEDZANIA.

Nieprawda. Od wielu lat po USA krążą legendy na temat nawiedzonego domu, do którego można wejść płacąc 25 dolarów, ale za pokonanie każdego z 5 pięter dostawało się z powrotem 5 dolarów. W środku miały na śmiałków czekać takie atrakcje jak: żywe węże, pająki, owady, tajne drzwi, zapadnie itd. Nigdy nie podano dokładnej lokacji domu. Początkowo miał on znajdować się na przedmieściach Detroit, ale późniejsze wersje legendy umiejscawiały dom w takich stanach, jak Oklahoma, Georgia, Oregon, Illinois, Michigan, Texas czy Ohio. Wiara w istnienie tego domu sięga polowy lat 80-tych, kiedy to bardzo popularne stało się urządzanie "nawiedzonych domów" z okazji Halloween. W latach 90-tych powstały cale parki rozrywki, gdzie można takie specjalnie przygotowane domy zwiedzać. Istnienie takiego domu to byłaby nie lada gratka dla wszelkiego rodzaju poszukiwaczy silnych wrażeń, jednak do tej pory nikt go nie odnalazł. Legenda rośnie, wg niektórych wersji kilku śmiałków nigdy nie wyszło już żywych z tego domu - ich zwłoki odnaleziono na ostatnim piętrze. Żeby sprostać powstałym potrzebom, powstało wiele takich "nawiedzonych domów". Co prawda nie są tak straszne, jak ten legendarny, jednak pewne zastosowane tricki czynią je niemal niemożliwym do przejścia. I tak na przykład dom w Michigan to jeden wielki labirynt. Inni zatrudniają różne wybryki natury lub na końcu trasy umieszczają naprawdę niebezpieczną drogę, której nikt przy zdrowych zmysłach nie chce pokonać. Najsłynniejszym "nawiedzonym" domem była posiadłość Richarda Garriotta, znanego lepiej jako "Lord British", twórcy słynnej serii gier komputerowych "Ultima". Jego dom w Austin, w Teksasie miał lochy, ukryta bibliotekę, tropikalny las deszczowy wewnątrz domu, zapadnie, tajne przejścia, obserwatorium na dachu i prywatną wyspę. Obecnie mieszka w jeszcze większym, straszniejszym domu. Ale w latach 1988-1994 co drugie Halloween Garriott wydawał 100 tysięcy dolarów na przemienienie swojego domu w wielki lunapark, gdzie zaproszeni goście mogli doświadczyć na własnej skórze przygody rodem z gier wideo. Żeby dokonać niezbędnych zmian, "Lord British" musiał się na 3 miesiące wyprowadzać, żeby robotnicy mogli wszystko pozmieniać na czas. Atrakcje te były dostępne tylko przez 4 lata, za każdym razem mogło wejść tylko 200 gości. Wstęp był za darmo, jedyna cena było oczekiwanie w kolejce. Sam Garriott widział ludzi, którzy oferowali 1000 dolarów za miejsce w kolejce. Nie każdy jednak szuka mocnych wrażeń za wszelka cenę. W styczniu 2000 roku pewna kobieta pozwala do sadu park rozrywki Universal Studios na Florydzie, twierdząc, ze coroczne Noce z Horrorem w Halloween były zbyt straszne i spowodowały u niej trwale emocjonalne i fizyczne straty. Strach się bać...


FBI BADA SPRAWĘ ZAKUPU DUŻYCH ILOŚCI SŁODYCZY W SKLEPACH NEW JERSEY.

To prawda. Niedawno mężczyzna z wyglądu pochodzenia arabskiego otworzył konto w Costco i zakupił słodycze o wartości 15 000 dolarów w Wayne w New Jersey. Ten sam człowiek (lub przynajmniej osoba korzystająca z tej samej karty kredytowej) w Hackensack dokonał identycznego zakupu, tym razem na sumę 20 000 dolarów. Potem okazało się, ze ich numer identyfikacyjny w Costco został sfałszowany, a za wszystko zapłacili gotówka. Nawet w spokojnych czasach Halloween przyciąga różnych świrów, pragnących zrobić krzywdę innym podczas tego święta, a tym bardziej wszystko wygląda niebezpiecznie w świetle ostatnich terrorystycznych ataków. FBI zaleciło rodzicom ostrożność - zaistniało podejrzenie, ze ten tajemniczy "Arab" był terrorysta, który chce zaatakować dzieci. Przesłuchano tego człowieka, którym także zainteresował się amerykański urząd imigracyjny. Teoria sugerująca potencjalny zamach terrorystyczny nie trzymała się kupy. Terroryści okazaliby się w takim przypadku wyjątkowymi nieudacznikami, zwracając na siebie uwagę (szczególnie teraz, kiedy środki bezpieczeństwa są tak podwyższone) i fałszując numer identyfikacyjny, zamiast postarać się o prawdziwy. Sprawa wyjaśniła się szybko. Okazało się, że kupujący jako imigrant nie miał po prostu pozwolenia na zakup i handel takich ilości towarów. Miał zamiar słodycze sprzedać po wyższej cenie detalicznym sprzedawcom. W końcu mężczyznę oczyszczono z zarzutów i zezwolono mu zatrzymać zakupiony legalnie towar. I tym razem FBI nie dało ponieść się histerii opinii publicznej.


OPOWIEŚĆ O CZARNEJ WOŁDZE.

To złowrogie auto krążyć miało po polskich drogach i porywać młodych ludzi. Po co? Tu plotkarze byli niezdecydowani: niektórzy twierdzili, ze narządy ofiar były przeszczepiane rodzinom komunistycznych dygnitarzy. Inni - ze porwanych wykorzystywali seksualni zwyrodnialcy, tez zresztą czerwonej proweniencji. Nie było to zupełnie pozbawione podstaw: pezetpeerowscy urzędnicy, wzorem swoich moskiewskich “braci” upodobali sobie te właśnie markę samochodu. Źródło legendy zaś wywodziło się zapewne z Kremla. W latach 30. jeździły po Moskwie czarne limuzyny, które porywały ładne, młode dziewczyny dla zaspokajania erotycznych potrzeb partyjnej wierchuszki - w tym Berii. Ofiary, którym udało się przeżyć, opisały po latach swoje wspomnienia. Najbardziej radykalni wyznawcy mitu czarnej wołgi przysięgali wręcz, że samochodem jeżdżą wampiry. Legenda o handlarzach ludzkimi organami ma współczesna kontynuacje. (Tym bardziej prawdopodobna w kontekście niedawnej afery w pruszkowskim szpitalu, gdzie zdrowa nerka, wycięta młodej pacjentce, zginęła bez śladu.) Brzmi ona mniej więcej następująco: Dwie młode kobiety idą wieczorem do pubu. Po jakimś czasie jedna z nich postanawia wrócić do domu, po drodze odwiedzając toaletę. Tam traci przytomność. Budzi się nazajutrz za miastem, na poboczu ruchliwej trasy. Czuje się okropnie. Zauważa kartkę, przyczepiona do bluzki: „Właśnie usunięto ci nerkę. Musisz jak najszybciej pojechać do szpitala”. Lekarze stwierdzają, ze operacja została wykonana fachowo przez profesjonalnego lekarza. (Modyfikacja: dwaj młodzi Polacy jada na „saksy” do Niemiec. Pośrednik kwateruje ich w opuszczonym domu i częstuje alkoholem z narkotykiem. Po przebudzeniu okazuje się, że brakuje im nerek.). Legenda napisana przez Horatio Quriroge Opisuje on historie młodego małżeństwa, które spotyka, nieszczęście: żona nagle zapada na tajemnicza chorobę. Lekarze nie potrafią jej zdiagnozować. Z dnia na dzień kobieta traci siły, w końcu nie opuszcza już łóżka. Po jej śmierci zrozpaczony mąż podnosi poduszkę, na której spoczywała głowa ukochanej. Dziwi go nienaturalny ciężar; rozpruwa ja nożem i martwieje ze zgrozy: w pierzu tkwi monstrualnych rozmiarów ptasia pchla, której skórzasty odwłok napęczniał od krwi kobiety. Historie te, zmodyfikowana i dostosowana do polskich realiów, opowiadano mi kilka lat temu. Bohaterem był młody dyplomata, który powróciwszy z żoną z egzotycznej placówki, przywiózł stamtąd meble i dobytek, m.in. pościel zakażoną groźnymi insektami. Całe tomy zapełnić, by można legendami z początków lat 90, kiedy świat szalał ze strachu przed AIDS. Opowiadano o narkomanach, którzy z rozpaczy i z zemsty za swoja chorobą atakują ludzi w autobusach i tramwajach, wstrzykując im zakażoną krew. O pięknych dziewczynach, które po nocy spędzonej z przypadkowym partnerem zostawiają mu wiadomość (szminka na lustrze, rzecz jasna): ”Witaj w klubie sero pozytywnych”. O homoseksualnym światowym lobby bogaczy, którzy świadomie blokują rozwój badań nad lekiem na AIDS, ponieważ sami chcą mieć jedyny dostęp do lekarstw itp. Najnowsze legendy miejskie donoszą o tajemniczym wirusie RV K-17, który zamienia osobę zarażoną w wampira (zwiększa zdolności parapsychologiczne, powoduje śmierć na słońcu itd.) Ostatnio WHO ogłosiła hiobowa wieść: podczas pandemii ptasiej grypy może umrzeć 50 mln. osób. Czy legenda jest przypuszczenie, jakby, żywcem wyjęte z „Bastionu” Stephena Kinga, ze wywołujący ja wirus „uciekł” z rosyjskiego laboratorium, w którym naukowcy pracują nad nowoczesna bronią biologiczna? W takich opowieściach pojawia się echo tych samych lęków, które ogarniały społeczeństwa podczas epidemii dżumy czy ospy. Niektóre watki, np. opowieść o zarażającej mężczyzn pięknej dziewczynie, pochodzą jeszcze z tamtych czasów.


LEGENDY ALKOHOLOWE.

Ciekawą legendą miejską jest warszawska opowieść o autentycznej postaci, tak zwanej „Lodzi - Milicjantce”, schizofreniczce, która ku utrapieniu kierowców i służb drogowych przez całe lata „kierowała ruchem” na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej. W II połowie lat 80. znikła, zapewne zmarła śmiercią naturalna. Warszawska wieść gmina uczciła ją jednak następującą legendą: „Lodzie” zabił na skrzyżowaniu pijany kierowca, który uciekł z miejsca wypadku. Od tej pory jej duch szuka zemsty na osobach, które prowadza po alkoholu - pojawia, się znienacka na drodze w mundurze milicjantki, powodując karambol, w którym ginie nietrzeźwy kierowca. Wątek alkoholowy występuje również w historii, której bohaterem bywa brat (szwagier, mąż) znanej telewizyjnej persony (za każdym razem podawane jest inne nazwisko). Człowiek ten bawił się na suto zakrapianej imprezie w mieszkaniu na 10 piętrze. Po kilku głębszych chciał zaimponować balangowiczom umiejętnością robienia „młynka”. Podczas ewolucji wypadł przez otwarty balkon. Kopalnia opowiastek tego typu jest makabryczna, dostępna w internecie strona tzw. nagród Darwina. Opisuje ona setki autentycznych (a jakże), najbardziej nieprawdopodobnych wypadków. Każdy opis zawiera czytelną przestrogę. Znajdują się wśród nich np. takie historie: kierowca przez nieuwagę nalał do baku luksusowego samochodu niewłaściwego paliwa, które mogło uszkodzić silnik. Wpadł na pomysł, żeby wyssać je za pomocą odkurzacza samochodowego. Stacja benzynowa wraz z „racjonalizatorem” wyleciała w powietrze. Oblany benzyna samobójca stanął na skraju przepaści z kamieniem przywiązanym do szyi, pistoletem i trucizna. Wypił truciznę, podpalił się i skoczył do wody. Podczas skoku strzelił do siebie. Spudłował. Kula przestrzeliła sznur, woda ugasiła płomień, a ponieważ zachłysnął się woda, zwymiotował truciznę. Został wyłowiony przez ratowników. Efekt - przeziębienie.

(w artykule zostały wykorzystane fragmentarycznie niektóre teksty znalezione w Internecie)


AUTOR:
SATANIST