WYWIAD - JAROSŁAW GRZĘDOWICZ - FALKON '09

Wioleta S.: Wiemy już, że trzeci tom „Pana Lodowego Ogrodu” pojawi się jeszcze w tym miesiącu. Czy z tej okazji, możesz zdradzić czytelnikom parę szczegółów odnośnie samej powieści?

Jarosław Grzędowicz: W żadnym razie nie będę robił spojlera na kilka dni przed premierą – może ktoś jednak będzie chciał kupić tę książkę. Oczywiście to jest trzeci tom, więc trudno do niego zachęcać kogoś, kto nie czytał poprzednich. Ci, którzy czytali pierwszy i drugi raczej wiedzą, czego się spodziewać. Fabuła się rozwija i zmierza powoli do finału. Będą ci sami bohaterowie i ich kolejne przygody. Będą się dowiadywać coraz więcej o świecie, których ich otacza, realizować swoje zamierzenia i w coraz większym stopniu będą uczestniczyć w tym, co się tam dzieje.

*    *    *

Wioleta S.: To proszę powiedzieć zdanie zachęcające do lektury „Pana Lodowego Ogrodu” czytelnikom, którzy jeszcze nie mieli okazji wgłębić się w lekturę powieści.

Jarosław Grzędowicz: Słuchajcie, to jest bardzo fajna książka i proponuje żebyście ukradkiem przeczytali dwie, trzy strony w księgarni, obsługa zwykle nie pilnuje tego zbyt gorliwie. Jeśli ta powieść was zainteresuje, dalej jest jeszcze fajniej.

*    *    *

Wioleta S.: Twoim fanom przyszło długo czekać na trzeci tom przygód Vuko Drakkainen’a. Czy było to spowodowane poświęceniem się innym projektom czy też pewnymi problemami z kontynuacją tej historii?

Jarosław Grzędowicz: Niestety to jest długa powieść, w związku z tym praca nad nią jest bardzo ciężka, czasami zdarza się i tak, że dochodzi do przestojów. Przez jakiś czas ciężko mi się pisało, ale to z powodów, które są trochę poza konkursem – było dużo dodatkowej pracy, musiałem też przemyśleć pewne rzeczy. Czasami zaś jest tak, że pewne elementy fabuły, które u autora w głowie są bardzo proste, w realizacji okazują się skomplikowane i znienacka trzeba spędzić miesiąc nad głowieniem się nad dalszym rozwojem opowieści, mimo, że w założeniach miało być łatwo. Często okazuje się że przejście od jednego wydarzenia do drugiego nie może odbyć się tak po prostu, tylko w sposób atrakcyjny i posuwający akcję do przodu.

 *    *    *

Wioleta S.: Czy są szanse, aby wielbiciele twojej mroczniejszej strony wyobraźni mogli jeszcze w tym roku napotkać coś w księgarniach?

Jarosław Grzędowicz: W tym roku nie, bez przesady. Jestem w stanie wydawać jedną książkę rocznie. Natomiast uprawiam literacki płodozmian z dużą przyjemnością i nie ulega wątpliwości, że do horroru wrócę wkrótce. Myślę, że zastanowię się nad jakąś powieścią, jednak dopiero po napisaniu czwartego tomu i zakończeniu projektu „Pan Lodowego Ogrodu”. To znaczy, że nie zrobię czegoś takiego co miało miejsce między pierwszym a drugim tomem, kiedy to wydałem powieść grozy „popiół i kurz”. Chciałbym, aby ten projekt znalazł swój finał w jakimś sensownym i przewidywalnym czasie, żeby w nim po prostu nie ugrzęznąć. Dopiero potem zajmę się nowymi pomysłami wśród których będzie też miejsce dla grozy.

 *    *    *

Wioleta S.: Czy myślałeś może o wydaniu w formie książkowej zbiorku własnych esejów i felietonów, które publikowałeś na łamach Nowej Fantastyki?

Jarosław Grzędowicz: To cykl, który zacząłem pisać w FENIXie, potem w Nowej Fantastyce i teraz w Science Fiction. Nie wiem, jakby nie śmiem. Parę osób już mnie pytało, czy nie zebrałbym tego w książce, i nie wiem, być może kiedyś to zrobię. Mnie się wydaje, że takiej książki nikt by nie kupił, ale z drugiej strony, sam chętnie kupuję i czytam zbiory felietonów, więc mam trochę schizofreniczny pogląd na tę sprawę. Być może to zrobię, pod warunkiem, że przekonam sam siebie, że to ma sens, i że znaleźliby się nabywcy tej książki.

 *    *    *

Wioleta S.: Słyszałam, że wraz z Mają Lidią Kossakowską zamierzacie wydać książkę kucharską. Czy to prawda?

Jarosław Grzędowicz: Istotnie, istnieje niezerowa możliwość, że razem z Mają napiszemy książkę kucharską. To jest pomysł, na który wpadł nasz wydawca. W pierwszej chwili koncept wydał się szalony, ale w gruncie rzeczy być może go zrealizujemy. Ma być to książka z bardzo różnymi przepisami, które chcemy ocalić od zapomnienia i od zmian mody, które dotykają kulinariów tak samo jak innych dziedzin życia. Będą to między innymi przepisy po przodkach, przechowywane w domowym archiwum, przepisy będące próbą odtworzenia smaków dzieciństwa, albo nieznanych babcinych receptur, ale także na potrawy które gotujemy na co dzień. Należymy do rzadkiego gatunku ludzi, którzy sami robią pierogi a w niedzielę przygotowują pieczeń. Dość często zaglądam do Internetu szukając jakiś przepisów, porównując różne wersje, albo żeby sobie przypomnieć jakieś składniki. Przy okazji natrafiłem tam na fora, które postawiły mi włosy na głowie. Dowiedziałem się, że na przykład dla użytkowników Internetu idea zmieszania kawałków śledzika, oliwy i cebulki jest jakimś rewolucyjnym odkryciem. Ci ludzie naprawdę znali jedynie produkt, który można kupić w sklepie,  więc temu niebywałemu eksperymentowi towarzyszyły jakieś „ochy i achy” – ktoś tak zrobił i „och mój Boże, teraz nie chcę innego śledzia”. Przeraziłem się i doszedłem do wniosku, że może rzeczywiście książka kucharska z takimi przepisami, napisana przez amatorów dla amatorów ma sens. Nadamy jej estetykę grozy, prawdopodobnie będzie ucharakteryzowana na grimuar magiczny, czy alchemiczny, takie klimaty.

 

WYWIAD PRZEPROWADZIŁA: WIOLETA S.