ROZMOWA Z PASCALEM LAUGIER - REŻYSEREM FILMU "MARTYRS - SKAZANI NA STRACH"

Wild Bunch Distribution: Jak wpadł Pan na pomysł Martyrs?

Pascal Laugier: Pierwszy impuls przyszedł od Manuela Alduy z Canal+. Manuel szukał nowych pomysłów na horrory, a od mojego producenta Richarda Grandpierre dowiedziałem się, że ceni on moją pracę. Wraz z Richardem postanowiliśmy szybko wystartować z projektem, by w międzyczasie pomyśleć o większej całości i jej finansowaniu. W okresie nieprzekraczającym czterech miesięcy, niemal od jednego przysiąścia, napisałem scenariusz. Wiedziałem, że taki model pracy reżysera, z rozsądnie zaplanowanym budżetem, zapewni mi duże pole manewru i sprawi, że nie będę musiał martwić się o ograniczenia narzucane przez telewizję. Byłem całkowicie wolny. Canal+ jest w istocie ostatnią stacją telewizyjną we Francji, dającą takie możliwości – należy to cenić. Szczęśliwie uzyskałem wsparcie od producenta, który rozumiał moje obsesje i myślał podobnie… Nie mam pojęcia, jak on to robi, ale Richard Grandpierre jest w stanie urzeczywistniać nawet najbardziej niezwykłe projekty. No bądźmy szczerzy: to, że taki film, jak Martyrs, mógł w ogóle powstać, zakrawa na cud.  

*    *    *

WBD: A sama historia – jak ona się narodziła?

P.L.: Motywem wyjściowym była „zemsta”: obraz życia zwyczajnej rodziny, które zakłóca nagłe wtargnięcie dziewczyny ze strzelbą w ręku. Wychodząc od tego prostego pomysłu, zadawałem sobie pytania: „Dlaczego ona to zrobiła?”, „Co takiego musiało się wydarzyć?”, „A co, jeśli zabija przez pomyłkę?”. Ostatecznie cała historia traktuje o tej dziewczynie. Pisząc scenariusz, sam wiedziałem niewiele więcej od widza, który ogląda film i powoli poznaje całą tajemnicę. Był to proces oparty w znacznej mierze na intuicji.

 *    *    *

WBD: Jaki jest sens kręcenia tak brutalnego filmu? Szokowanie? A może egzorcyzmowanie lęku przed bólem i śmiercią?

P.L.: Przede wszystkim przemoc wydawała mi się najuczciwszym i najbardziej adekwatnym środkiem dla opowiedzenia tej historii. Martyrs mówią o ludziach, którzy wzajemnie zadają sobie ból. Ci, którzy cierpieli, biorą odwet, każąc cierpieć innym. Dawni prześladowcy stają się ofiarami i na odwrót; w pewnej chwili nie wiemy już, gdzie właściwie zaczyna się zło i kto jest tak naprawdę „męczennikiem”… Podobała mi się idea filmu niepokojącego, pozbawiającego widza kierunkowskazów moralnych, tak, że nie wie on już, czyją stronę w filmie trzymać, z kim się identyfikować… Szokowanie samo w sobie w ogóle mnie nie interesuje, choć rzeczywiście, musiałem stworzyć fizyczne i realne wrażenie zadawania bólu, w przeciwnym wypadku zgubiłby się gdzieś głęboki sens tej przemocy; stałaby się ona tylko „gadżetem” i uczyniła z filmu dzieło o wątpliwej wartości. Chciałem też, by każdy zadawany w filmie cios wyglądał na naprawdę bolesny, bo to pytania o przemoc są głównym jego tematem, a nie moralizowanie wokół idei jej przedstawiania w kinie. Czy u krańca przemocy, za jej ostatnią granicą, istnieje coś jeszcze? Czy jest jakiś sens w nieustającym cierpieniu i sprawianiu cierpienia innym? Czy da się jakoś spożytkować ten uniwersalny ludzki ból, który, nieustannie potęgowany, wydaje się karmić sam sobą i przenosić ofiarę na kolejne poziomy…? Czy to się kiedyś kończy? Myślę, że wszystkie te pytania ostatecznie sprowadzają się do problemu, jaki stawiają wszystkie moje ulubione horrory: dlaczego jedną z najbardziej fundamentalnych cech człowieka jest okrucieństwo i jak się ono może manifestować? Typowe horrory traktują śmierć jako punkt wyjścia, nie zaś dojścia, w przeciwieństwie na przykład do tragedii. Tymczasem żyć to ginąć, świadomość skończoności jest nam dana od samego początku, musimy z nią żyć. Być może mówię o znanych sprawach, może są to klisze, ale nie przestają mnie one nawiedzać, fascynować i rodzić we mnie nowe pomysły…

Myślę, że mroczna atmosfera Martyrs bierze się z nastroju, w jakim byłem, gdy ich kręciłem. Pewne okoliczności sprawiły, że czułem się w życiu dość samotny. Miałem intuicję, coś w rodzaju niejasnego przeczucia, które przysporzyło mi zresztą niemało egzystencjalnego bólu, że nasza epoka była nie tylko jedną z najbardziej brutalnych w historii, ale też że nigdy nie zostawiliśmy jej za sobą. Mówimy tu jednak o przemocy nader szczególnej, bo już to ukrytej, już to ucywilizowanej i włączonej w sam system życia wspólnotowego. Tę przemoc chowa się pod płaszczykiem tego, co określamy mianem „naszej Cywilizacji”; ale ona zawsze gdzieś tam jest, wszędzie... Ja w każdym razie jestem na nią bardzo wyczulony. Myślę, że istnieje coś takiego, jak przemoc głucha i cicha, dla zachodnich społeczeństw niemal niewidoczna; ona właśnie wydaje mi się szczególnie trudna do tolerowania. Oto bowiem ludzi zmusza się dziś do zaciekłej rywalizacji, a jest cały legion takich, którzy przegrali ten wyścig. W międzyczasie niepokój odczuwany przez konkretną jednostkę sięga zenitu... Jak długo to może trwać? Co mamy począć z przegranymi? Niektórzy filmowcy muszą mierzyć się z takimi pytaniami. Potrzebujemy obrazów, które pokazywałyby tę współczesną grozę, czyniły z niej swój przedmiot, które potrafiłyby flirtować z pokusą nicości i wzięłyby na siebie rolę głosiciela złej nowiny...

Wydaje mi się, że nasz projekt miał w sobie coś wzniosłego i koniecznego zarazem. Skoro jest tak, że wszystkie filmy kierują się dziś zasadą zysku i zajmują się już tylko gonieniem za gorącym tematem, ukazując społeczeństwu jego własny okrągły i ugrzeczniony obraz, to myślę sobie, że z taką ideą kina całkowicie pieprzy się sprawę. Cóż, podług mojej wizji kina twórca nie może spędzać życia na głaskaniu i dopieszczaniu publiczności...  Wszystko, tylko nie to; gdyby tak miało być, to pozostawałoby się tylko zastrzelić... Próbuję sprostać wyzwaniu naszych czasów. W moim przypadku jest to kręcenie thrillerów, bo na tym się znam, bo moim zdaniem uniwersalność lęku otwiera przed filmem międzynarodową perspektywę, choć równie dobrze mógłbym osiągnąć ten sam efekt z filmem czysto eksperymentalnym, nagranym ręczną kamerą, bez scenariusza. Byłby tak samo mroczny, tak samo smutny i przytłaczający. 

*    *    *

WBD: Jeśli chodzi o mroczną makabrę, to posunął się Pan naprawdę daleko...

P.L.: To nie moja wina, że nasza epoka nie lubi, gdy się ją zbyt mocno kopnie w dupę! A jednak gatunek, jaki uprawiamy, pozwala na to. Jako jego przedstawiciel, mogę sobie pozwolić na większą ekstrawagancję, większą nawet bezpośredniość, niż, powiedzmy, twórca jakiejś realistycznej kroniki społecznej... To oczywiste, że obraz przerażający, horror czy film fantastyczny, jak zwał tak zwał, ma charakter odpychająco-zaczepny; pozwala mi on wypowiadać, niejako z cienia, rzeczy bardzo osobiste; mogę to jednak robić, bo chronią mnie archetypy i toposy filmów grozy, o których mówiłem wcześniej...

*    *    *

WBD: Czy kręcenie filmu tak przygnębiającego, jak Martyrs, wprowadza Pana w jakiś wyjątkowy stan?

P.L.: Nieszczególnie, bo wszystko przesłania radość tworzenia czegoś nowego. To już mój drugi film, a ja wciąż nie mogę wyjść z szoku, że dana mi była szansa uprawiania tego zawodu. To prawda, że w trakcie kręcenia miewaliśmy trudne momenty. Byłem wtedy w dość ponurym nastroju i mogłem zachowywać się jak wredny tyran. Nie jest łatwo żądać od aktorki, by płakała, jakby na to nie patrzeć, przez cały dzień i by sama zadawała sobie ból... Wymagało to ode mnie pewnej surowości, bo w życiu mam o wiele więcej zahamowań...  Do tego dochodziła nerwówka z samym kręceniem. Ale najtrudniejszym zadaniem na planie było takie pokazanie licznych efektów specjalnych – robionych w starodawny, ręczny sposób – by gra aktorska nie straciła nic ze swej intensywności. Sporo materiału kręcone było w formie długich sekwencji, bez wyłączania kamery, bo wraz z każdą przerwą ryzykowałem, że utracę coś z gry Morjany czy Mylène, co mogłoby już nigdy nie wrócić. Już to było mocno stresujące. Dzięki Bogu, Benoît Lestang, świetny specjalista od efektów, zawsze wpadał na pomysły, które nieraz wyciągały mnie z gówna. Moje aktorki okazały się prawdziwymi wojowniczkami. Po prostu wierzyliśmy w to, co robimy i nikt się nie skarżył. No i producenci dali mi święty spokój, nigdy nie próbując stonować treści filmu i wspierając materialnie jego produkcję na tyle, na ile mogli. Zdarzały się momenty zabawne, ale czasem i trudne, bardzo nieprzyjemne, ale też nikt nie mówił, że to będzie łatwy film.

*    *    *

WBD: Właśnie, czy łatwiej było Panu kręcić pierwszy film, czy drugi?

P.L.: Bez wątpienia, dla mnie najtrudniej było z pierwszym. Teoria o „trudności drugiego filmu” zawsze wydawała mi się naciągana. Sądzę, że głosić ją mogą ci uprzywilejowani, którzy już zapomnieli, jak to jest przyjechać do Paryża jako młody, przestraszony gość, który chce zrobić film, ale nikogo nie zna. Zanim otrzyma się unikalną szansę zrealizowania pierwszego długometrażowego obrazu, pozostaje się w stanie permanentnego niepokoju i frustracji; ma się świadomość, że, statystycznie rzecz biorąc, istnieje mała szansa, że projekt się powiedzie. Wiadomo, że jest mnóstwo ludzi bardziej utalentowanych niż ty, chcących osiągnąć ten sam cel. W głowie słyszysz wtedy głos rozumu, który nie przestaje cię ostrzegać, że ścieżka, jaką podążasz, jest bardzo niepewna i nie powinieneś zbyt wiele sobie po niej obiecywać. Ale po pierwszym filmie sytuacja się zmienia: dostajesz się do kręgu filmowców, istniejesz w oczach innych, w twojej komórce pojawia się coraz więcej nowych kontaktów. Trafiasz w towarzyski rurociąg i nagle nie musisz się już o nic martwić. 

*    *    *

WBD: Jak szło kręcenie Martyrs?

P.L.: Zrobiłem go zupełnie inaczej niż mój poprzedni film. Świadomie zrezygnowałem ze scenopisu oraz z wszelkich przygotowań, które kłóciłyby się z moją koncepcją. Miałem pewien konkretny zamysł filmu, czułem jego nastrój, jego oddech, ale też każda kolejna scena wciąż otwierała go na to, co nieznane. Pozwalałem się temu dziać, a sam podejmowałem decyzje w ostatnim momencie, lawirując między biegunem tego, co możliwe i niemożliwe do zrobienia. Tak zresztą dzieje się w przypadku wielu produkcji, ale ja uczyniłem z tego zasadę. Moją intencją było zrobienie filmu, który targałby wnętrznościami, filmu, który opowiadałby swoją historię tak, jak gdyby wszystko to działo się na naszych własnych oczach, „filmu nie-do-oglądania”. Chciałem wyzbyć się obsesji na punkcie formy i piękna obrazu. Dlatego dużo kręciliśmy za pomocą kamery ręcznej, przy użyciu prostego oświetlenia, improwizując ile się dało, co pozwalało aktorom wczuć się w rolę i grać tak, jak uważali za stosowne. Naszym zadaniem było podążać za nimi, zgrać się z nimi, przewidywać ich grę. Wszystko to robiliśmy z wrażeniem sytuowania się na granicy chaosu, nie sposób było przewidzieć sekwencji nadchodzących zdarzeń… Podczas zdjęć autentycznie się bałem, jako że z natury mam obsesję na punkcie panowania nad wszystkim. Ale też sporo się nauczyłem.

*    *    *

WBD: Dlaczego kręciliście w Kanadzie?

P.L.: Z powodów pragmatycznych. Miejsce kręcenia stało się też częścią artystycznego wymiaru filmu. Światło dzienne w Quebecu jest naprawdę wyjątkowe, zabarwia ono film dodatkowymi emocjami. Niebo ma tam odcienie takiej szarości, jakiej nie widziałem nigdy wcześniej, jego biel również jest niesamowita. Przypominało mi to o moich własnych wrażeniach z oglądania kanadyjskich filmów kręconych w latach 70-80. Oczywisty przykład stanowi tu David Cronnenberg, lecz również inni, mniej znani reżyserzy, tacy jak William Fruet czy George Michalka. Robili oni filmy „klasy B”, które lubię za ich nostalgiczność i które w moich oczach uczyniły z Kanady kraj nieledwie mityczny. Kanada pozwalała również osadzić film w dość odległej czasoprzestrzeni, co dodatkowo uwypukla aktualność jego problematyki. Zależało mi na takim efekcie, dlatego też Martyrs rozpoczynają się i kończą sekwencjami nakręconymi na starej, 8-milimetrowej taśmie filmowej. Zafascynował mnie pomysł opowiedzenia historii dwóch małych dziewczynek, które żyły kiedyś na tym świecie, a o których nie wiemy nic ponad to, co przekazuje wiekowa, uszkodzona taśma filmowa, będąca jedynym namacalnym dowodem ich istnienia. Ta idea stanowi niezły kontrapunkt dla przemocy pokazanej w filmie, a tak naprawdę jedyny powód, dla którego rozpocząłem całe to przedsięwzięcie. Chciałem dać wyraz pewnej głębokiej melancholii…

 *    *    *

WBD: Wielu reżyserów francuskich filmów fantastycznych nie potrafi uwolnić się od, świadomego bądź też nieświadomego, nawiązywania do historii gatunku. Co Pan o tym sądzi?

P.L.: Często stawiano mi ten zarzut, kiedy wyszedł mój pierwszy film. Fani gatunku uwielbiają wypytywać reżyserów – szczególnie, gdy też są oni Francuzami i miłośnikami filmu – o inspiracje, cytaty, aż po imputowanie im plagiatu… Nie powinno się drażnić filmowców, „autorów”, pytaniami o ich bezpośrednie inspiracje, które bywają przecież ewidentne. Nigdy do końca nie rozumiałem, skąd biorą się tego typu pytania... Może to dlatego, że filmy grozy mają swoje toposy i przepisy, składające się na swego rodzaju Biblię, której strzegą apostołowie – fani z poczuciem misji, uważający się za Strażników Świątyni! Mówię to z pewną dozą czułości, bo kocham horrory innych reżyserów i sam taki poniekąd jestem. Jest coś zabawnego w konieczności włączania do filmu wszystkich tych konwencji: wychodzi się od totalnie zgranych motywów i próbuje się je odwrócić, zaskoczyć nimi widza, podejść jakoś publiczność, która coraz lepiej orientuje się w tajnikach sztuki filmowej, będąc znudzoną i wymagającą zarazem.

Martyrs również bawią się archetypami gatunku, ale za każdym razem, gdy widz myśli już, że wie, w jakiej konwencji film jest osadzony, zostaje on gwałtownie porwany w kierunku absolutnie nieoczekiwanym. Trzeba to tylko robić uczciwie, bez tanich sztuczek, trzeba pokazać zaangażowanie, a nie postmodernistyczną sieczkę – tego naprawdę nie znoszę. A czy jest to film o zemście? Nie do końca. O potworze? Być może. Czy to mroczna fantazja, czy może realistyczny thriller? i tak dalej...  Martyrs prowadzą grę z publicznością. Myślę, że wynikający z tej gry suspense pozwala publiczności łatwiej zaakceptować przemoc; w końcu widz sam chce poznać rozwiązanie zagadki. Sztuka polega na tym, by zachowując równowagę, umieć zaszczepiać na sobie różne konwencje; mam nadzieję, że mnie się to udało...

 *    *    *

WBD: Wiele aktorek odmówiło udziału w tym filmie. Dlaczego?

P.L.: Ponieważ jest on brutalny, bo kojarzy się go z gatunkiem o wątpliwej wartości, bo nie wyglądał na coś, czego produkcja się „zwróci”... Trudno jest walczyć z uprzedzeniami. Nieraz czułem się tak, jakbym dawał ludziom do oglądania film pornograficzny. Szczerze mówiąc, środowisko filmowców jest niezwykle konserwatywne i bardzo konformistyczne. Ostrożne planowanie kariery jest tu zasadą wyznawaną prawie przez wszystkich. Chociaż w każdej innej branży wydaje się to czymś całkiem normalnym, to w dziedzinie sztuki takie wyrachowanie jest rzeczą okropną!

*    *    *

WBD: Dlaczego więc ostatecznie zdecydował się Pan na Mylène i Morjanę ?

P.L.: Z Mylène to była kwestia chwili. Ona lubi produkcje niezależne, ma w sobie energię, pozwalającą dziewczynie uwodzić, kokietować i prowokować. Od razu wiedziałem, że zgodziłaby się wejść na grząski i niepewny teren... Poza tym, jej wyczucie gry jest nadzwyczajne, podobnie jak jej wewnętrzna charyzma. Kiedy pojawia się przed kamerą, temperatura się zmienia, ludzie zaczynają się inaczej zachowywać. Trzeba nie mieć za grosz reżyserskiego oka, by tego nie wyczuć. Co więcej, ona sama w sobie jest dość mroczna. Jest w niej coś niebezpiecznego, posępnego, targają nią pasjonujące sprzeczności.... Na planie, kiedy na potrzebę sceny nastrajała się do roli swej bohaterki i wpadała w prawdziwy szał, naprawdę się bałem; jednocześnie cieszyłem się i martwiłem, że stanie się jej coś złego. W takich chwilach słyszało się bzyczenie muchy, zespół niepokoił się o nią, mieliśmy wrażenie zbliżającej się katastrofy. To było niezwykłe przeżycie, nigdy go nie zapomnę.

Z kolei w przypadku Morjany decyzja nie przyszła szybko. Po wycofaniu się jednej z kandydatek, musiałem na nowo urządzić casting. Przesłuchałem wiele aktorek i żadna mi do tej roli nie pasowała. Wreszcie znajomy polecił mi obejrzenie filmu Marock, w którym Morjana zagrała główną rolę. Tak też zrobiłem. Zaintrygowała mnie, było w niej coś nietypowego, co odróżniało ją od aktorek z kręgów „paryskich”. Widziałem, że instynktownie czuje ona grę, że ma w sobie to „coś” . Spotkałem się więc z nią i po pięciu minutach wiedziałem już, że to musi być ona. Nawet nie musiała iść na przesłuchanie. Byłem po prostu pewien. Miałem tylko nadzieję, że nie ucieknie po przeczytaniu scenariusza! Ale jej reakcja była zupełnie inna. Chciała się zaangażować, była przygotowana, niczym się nie przejmowała i nie histeryzowała... Okazała się dla mnie wielkim wsparciem. Jest w niej coś poruszającego, czego nie da się w prosty sposób wyjaśnić. Ona jest «egzotyczna»  we właściwym tego słowa znaczeniu. Mam na myśli jej odmienność, inność. Ale jest też w niej jakaś świetlistość i ten element był dla mnie kluczowy – wszak postać, którą gra, jest postacią świętej…  

*    *    *

WBD: Film ma niezwykle szybkie tempo, co chwilę następują zwroty akcji...

P.L.: Od samego początku chodzi o suspense. Martyrs opowiada pewną wciągającą historię. Niemal do samego końca widz ma wątpliwości, do głowy cisną mu się pytania. Mam nadzieję, że zrozumienie, do jakiego punktu cała ta opowieść powraca, zabierze publiczności dokładnie półtora godziny.

 *    *    *

WBD: Jakich reakcji oczekiwałby Pan od widzów po obejrzeniu Martyrs?

P.L.: Chciałbym, aby byli poruszeni... Ale też nie jestem głupi; wiem dobrze, że niektórzy nie będą w stanie znieść takiej dawki przemocy, nie zechcą pójść tam, dokąd film próbuje ich zabrać... Nic tu nie mogę poradzić, na taki odzew też jesteśmy przygotowani. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że dla pewnych osób mój film może okazać się nie do przyjęcia. Nastawiam się na reakcje ekstremalne, być może tak samo brutalne wobec mnie, jak mój film był brutalny wobec publiczności. Może to rzeczywiście jest chory film? Choroba osiąga w nim swą końcową fazę... Być może część widzów chciałaby, żeby tak właśnie było. Taka perspektywa wydaje mi się bardzo interesująca.

Z języka francuskiego przełożyli

Michał Kruszelnicki i Wojciech Kruszelnicki

oryginalną wersję wywiadu znajdziecie pod adresem: http://www.martyrs-lefilm.com/

 *    *    *               *    *    *               *    *    *               *    *    *           *    *    *           *    *    *           *    *    *

Michał Kruszelnicki – Ur. 1979. Jeden z czołowych w Polsce znawców literatury i kina grozy. Autor pierwszej i jedynej polskiej monografii horroru literackiego (Oblicza strachu, Toruń 2003) oraz dwóch innych książek: Mistrz w księżycowym stroju. Tradycja kulturowo-literacka i symbolika w Mistrzu i Małgorzacie Michaiła Bułhakowa (Toruń 2004), Drogi francuskiej heterologii (Wrocław 2008), a także ponad dwudziestu artykułów z zakresu współczesnej filozofii francuskiej, literaturoznawstwa, filozofii edukacji, kultury popularnej. Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, doktor filozofii (Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu). Pracuje w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu.

Wojciech Kruszelnicki – Ur. 1979. Zajmuje się filozofią współczesną i najnowszymi dyskursami w antropologii kultury. Autor wielu artykułów z zakresu współczesnej filozofii francuskiej i kulturoznawstwa. Redaktor książki pt. Studia z posthumanistycznej filozofii podmiotu (Warszawa-Wrocław 2008). Członek redakcji kwartalnika „Kultura-Historia-Globalizacja” przy Instytucie Kulturoznawstwa UWr. [http://www.khg.uni.wroc.pl/]. Ukończył anglistykę (2003) i kulturoznawstwo (2006) na Uniwersytecie Wrocławskim. Pracuje w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu.